Myślę, że znalazłem dobry przykład by pokazać, że finansowy analfabetyzm ma zasięg globalny a przy okazji odrzucić ewentualne oskarżenia jakobym ‘uwziął się’ na Puls Biznesu. Felix Salmon zauważył, że na stronach Mint.com ukazał się artykuł pod tytułem Co z tą inflacją? Produkty, które kosztują teraz mniej niż w 2000 roku. Porównano w nim ceny wybranych produktów z 2000 roku i 2010 roku. Problem polega na tym, że ceny z 2000 roku… dostosowano o inflację. Proszę zobaczyć:
Sam pomysł porównania cen z 2000 roku dostosowanych o inflację (ogólny poziom inflacji – liczony zapewne jako CPI – inflacja cen konsumenta) nie jest oznaką finansowego analfabetyzmu. Takie zestawienie pokazuje, że cena niektórych towarów relatywnie spadła. Gdyby zarobki rosły w tempie inflacji to w 2010 roku Amerykanie mogliby kupić więcej tych produktów za swoje wynagrodzenie.
Jednak takie zestawienie nic nie mówi o trendzie ogólnego poziomu cen, czyli inflacji. Wybranie kilku produktów, które teraz kosztują relatywnie czy nominalnie mniej niż w 2000 roku nie oznacza, że inflacji nie ma.
Wraz z postępem technologicznym, a więc ze wzrostem produktywności koszt wytwarzania niektórych produktów drastycznie spada. Często efekt ten jest dużo silniejszy niż utrata siły nabywczej pieniądza wskutek inflacji. Dotyczy to zwłaszcza produktów zaawansowanych technologicznie.
Profesor Mark J. Perry sprawdził jaki sprzęt elektroniczny mógł kupić przeciętny Amerykanin za swoje średnie miesięczne wynagrodzenie w 1964 roku (152 godziny pomnożone przez przeciętną stawkę godzinową $2,50). Mógł kupić taki zestaw stereo, warty 380 USD:
W 2010 roku przeciętny Amerykanin za 152 godziny pracy w miesiącu otrzyma niemal 2900 USD (przeciętna stawka godzina wynosi $19). Będzie mógł za to kupić:
-
zestaw kina domowego
-
telewizor plazmowy
-
odtwarzacz Blu-ray
-
laptopa o mocy obliczeniowej wielokrotnie większej niż największe superkomputery w latach 60’ (być może większej niż cała dostępna ludzkości w 1964 roku moc obliczeniowa – ktoś potwierdzi?)
-
iPod
-
nawigację satelitarną
-
aparat cyfrowy
-
TiVo
-
odtwarzacz CD
Mogłoby to wyglądać tak:
Jak widać postęp technologiczny w zakresie sprzętu elektronicznego i IT był potężny i z łatwością przeważył efekt inflacji. Nie oznacza to jednak, że w latach 1964-2010 inflacji nie było albo była pomijalna.
Na koniec, warto zauważyć, że postęp technologiczny wpływa na sposób mierzenia inflacji konsumenckiej w USA poprzez tzw. Hedonic Quality Adjustment czyli dostosowywanie zmian cen towarów o poprawę ich jakości. Hedonic Quality Adjustment ‘działa’ tylko w jedną stronę tak więc działanie to obniża raportowany poziom inflacji wzbudzając przy tym sporo kontrowersji.




Skoro ceny elektroniki malały i mimo to ta branża sie rozwijała to po co kreować inflacje w ogóle.
Zrezygnujmy z inflacji i badajmy tylko zmiany cen wskutek wzrostu produktywności, klęsk urodzaju i nieurodzaju, przeludnienia etc.
Ostatnio nawet miałem rozmowę z pracownikiem NBP GFC z poznaniu i sie go zapytałem dlaczego ciągle kreują tą inflacje, dlaczego monetyzują zysk NBP zamiast go po prostu wypłacać w walutach…
Oczywiście stary monetarystyczny argument. Deflacja spowoduje załamanie gospodarki. Normalnie nie przekonasz.
Widać jak sie załamała elektronika
@ Adam Duda
Zysk NBP – niech monetyzują, bo to zysk wirtualny, księgowy, kalkulacyjny, etc.
Domaganie się wypłaty tego “niby zysku” w realnym pieniądzu jest nieporozumieniem.
ale przecież wypłacają. Zysk po pasywach (odsetkowy) zamienia sie na banknoty w obiegu , a po aktywach sie nic nie dzieje.
@GTC
nie powiedzialbym, przeciez zarabia realne pieniadze na odsetkach, na biciu pieniadza, przeprowadzaniu operacji – wirtualne sa tylko zyski/straty z przeszacowan i niezrealizowane roznice; reszta jak najbardziej realna wg mojej wiedzy
mic.
zyski są realne ale NBP nie wypłaca ich tak jak normalne spółki. Po prostu zostawiają sobie dodatkowe waluty (w obligacjach rzecz jasna) w aktywach a po pasywach drukują pod to nowe złotówki. Ten druk to sie nazywa wypłata zysku NBP.
Dzięki temu NBP może wypłacać całe zyski i jednocześnie zachowywać trwałe rośnięcie bilansu
http://www.adamduda.pl/wp-content/uploads/2010/03/Bilans-NBP.jpg
to podstawowa zasada działania systemu fiat money w dzisiejszych czasach.
W wersji hard wygląda to tak że nie muszą sie przejmować jakimś zyskiem tylko za nowe pieniadze kupują jakieś aktywa.. z reguły obligacje bankrutów.
Kochani zapewne jakąś część księgowego zysku NBP stanowią realne przychody, ale ja pisząc o zysku wirtualnym czyli kalkulacyjnym miałem oczywiście – wartość z pochodzącą z rewaluacji rezerw monetarnych, stanowiącą gross “zysku” NBP.
Bo przecież właśnie o wypłatę tej rezerwę rewaluacyjną (nadwyżkę rewaluacyjną) toczy się walka.
Nadwyżka rewaluacyjna powstająca wskutek zmian kursów walut rezerw dewizowych i kruszcowych, w stosunku do ceny nabycia, to fikcja i złuda. Domaganie się jej wypłaty, przez członków Rady Polityki Pieniężnej dowodzi, że ci ludzie niewiele kumają z tej czaczy (chachy) i moim zdaniem ich to absolutnie dyskwalifikuje.
Prześledźmy mechanizm powstawania takiego wirtualnego zysku banku centralnego na prostym przykładzie. Załóżmy że na rezerwy monetarne składa się wyłącznie X ton złota nabytego kiedyś po 500 usd/troz.
Jak cena złota wzrosła do 1000 usd/troz to księgowa wartość rezerw zwiększyła się dwukrotnie, powstał więc zysk bilansowy z wyceny w wysokości 100 % , czyli równy wartości wyjściowo zapłaconej za kupiony zapas złota.
Politycy zaczynają się domagać od banku wypłaty tego kalkulacyjnego zysku,bo przecież figuruje on jak byk w bilansie banku.
Bank opiera się, twierdząc że ta wielkość ma charakter rezerwy przejściowej, itp, ale jak złoto dochodzi do 1500 usd/troz władzę banku pękają pod naciskiem polityków i podburzonej opinii społecznej i wypłacają ten “zysk” w nowej wyższej wysokości (1500-500 x X )= 1000 X (czyli w podwójnej kwocie zakupu) oczywiście w realnym pieniądzu.
Wkrótce cena złota spada do 1200, 1000 a następnie do 800 usd/troz. Tym razem powstaję kolejno straty bilansowe banku, w rosnącej wysokości, w wyniku procedury kolejnych wycen wartości rezerw na koniec okresu sprawozdawczego.
Powstaje pytanie- Kto i z jakich środków pokryje teraz tę stratę/ te straty kalkulacyjne.
Chyba my wszyscy, albo to ja jestem głupi i błędnie rozumuje.
gtc. przeciez pisze o zysku odsetkowym a nie tym co idzie na rezerwe reawulacyjną.
Zresztą zapis na rezerwe kursową jest kosztem umniejszającym zysk. Spór zawsze idzie o kalkulacje tej rezerwy i o wysokość jej zawiązania w wpisaniem w koszty po drugiej stronie.
pisałem o tym nie raz min tu
http://www.adamduda.pl/2010/04/02/o-co-chodzi-z-tym-zyskiem-nbp/
http://www.adamduda.pl/2009/07/13/rezerwa-rewaluacyjna/
http://www.adamduda.pl/2010/04/09/ujemna-rezerwa/
Witam Adamie, bardzo dziękuję, za wpisy o rezerwie rewaluacyjnej. Właśnie jestem po egzaminie z międzynarodowych standardów, także bardzo mnie to zainteresowało. Pozdrawiam
@ Adam Duda
Nie przeczę, ale zysk odsetkowy, który można uznać za realny przychód NBP, to jednak pryszcz w stosunku do “przychodów”/zysków kursowych, o które idzie bój.
Z zaciekawieniem przeczytam podane linki z Twojego bloga, jak będą dobre, to będę regularnie czytywał.
PS
Już kiedyś wszedłem tam i poczytałem sobie o P/E, było OK, szkoda tylko żę dyskusja jakoś szybko obumarła, bo temat jest ciekawy sam w sobie. Szkoda, że było już post factum poza tym, to ja się nie mogłem jakoś zebrać w sobie.
Pozdrawiam i życzę dobrych i ambitnych wpisów.