Lubię badania naukowe, które potwierdzają pewne intuicyjne hipotezy, które kiedyś formułowałem. Tak właśnie jest z artykułem Family scholarly culture and educational success: Books and schooling in 27 nations z periodyku Research in Social Stratification and Mobility.
Naukowcy zbadali 70 000 rodzin, w 27 państwach i doszli do wniosku, że obecność książek w mieszkaniu znacząco zwiększa osiągnięcia edukacyjne nawet po uwzględnieniu wykształcenia, dochodów i pozycji zawodowej rodziców. Podkreślam: nie chodzi o prostą korelację ‘liczba książek w domu – liczba lat edukacji dzieci’ ponieważ w takim przypadku książki byłyby po prostu wyrazem edukacji lub dochodów rodziców. Badacze wzięli po uwagę te czynniki mierząc oddziaływanie książek na osiągnięcia edukacyjne dzieci.
Co się okazało? Dzieci pochodzące z domów, w których znajduje się powyżej 500 książek kształcą się o trzy lata dłużej niż dzieci, w których domach jest zaledwie kilka książek. Dzieci pochodzące z domów, w których znajduje się już 25 książek kształcą się przeciętnie o 2 lata dłużej niż dzieci wychowane w domach bez książek.
Co ciekawe, liczba książek w domu odgrywa istotniejszą rolę w determinowaniu edukacyjnych osiągnięć dzieci niż formalne wykształcenie rodziców. Dzieci wychowane w domach z dużą ilością książek mają o 20% większą szanse na ukończenie collegu niż dzieci wychowane w domach, z kilkoma książkami. Dla przykładu, dzieci wykształconych rodziców (mających powyżej 15 lat edukacji) mają 16% większa szanse na ukończenie collegu niż dzieci gorzej wykształconych rodziców.
Podobnie jak autorzy badań nie mam wątpliwości, że nie same książki ogrywają tak dużą rolę w determinowaniu edukacyjnych osiągnięć dzieci lecz raczej intelektualna kultura, której są wyrazem. W większości przypadków duża liczba książek jest wyrazem świadomości własnych potrzeb intelektualnych i chęci do ich zaspokajania. Trudno się dziwić, że dzieci wychowane w takiej atmosferze posiadają i realizują własne potrzeby edukacyjne.
Przy okazji, 500 książek to całkiem sporo. Mojej bibliotece dużo brakuje do tej liczby wolumenów (na obronę mam swój młody wiek) i myślę, że nawet osoby chętnie czytające książki potrzebują kilku dekad by zgromadzić taki księgozbiór. W optymistycznym wariancie ‘jedna książka tygodniowo’ potrzeba przecież 10 lat. Być może więc wspomniane w badaniach, 500 wolumenowe księgozbiory, to nawet nie wyraz intelektualnych tradycji rodziców lecz kilku pokoleń.
Tym niemniej, kolejna intuicyjna prawda znalazła swoje empiryczne potwierdzenie. To czy dziecko wyrasta w domu, w którym wszystkie wieczory spędza się przed telewizorem czy w domu, w którym istnieje zwyczaj czytania czegoś poza gazetkami reklamowymi czy tabloidami, ma znaczenie dla jego osiągnięć edukacyjnych.
Ukłony: Laura Miller


A co dla moich dzieci może wynikać z fakty, że ja posiadam ze 300 książek brydżowych ?
troche mi brakuje:
http://io9.com/5352953/take-a-peek-inside-neil-gaimans-library/gallery/
ale łatwiej by mi było podać w metrach, niż na sztuki :)
To Gaiman ma taką kolekcję. Nic dziwnego, że jest tak dobrym pisarzem. Księga cmentarna była rewelacyjna… Pozdrawiam.
Ciekawym czy jak ktoś ma 500 harlequinów to też podpada pod tą statystykę ?
@GTC, Nemo
Na pewno nie podpada ten kto nie umie czytać ze zrozumieniem, bo zignorował co najmniej dwa fragmenty notki w których jest wyjaśnione, że nie chodzi o prostą korelację liczba książek – liczba lat edukacji.
Ja zawsze wpadam w stan zdziwienia, gdy idę do kogoś gdzie nie ma książek, albo tylko jakieś Harlequiny,kryminałki i inne michałki, choć czasem są to ludzie z wyższym wykształceniem.
Trudno mi to zrozumieć, bo jestem miłośnikiem książek i obcowanie z książką sprawia mi przyjemność i mam naturalną potrzebę czytania.
Trudno w to uwierzyć, ale ostatnio rozmawiałem z pracownikiem naukowym Politechniki Warszawskiej, który bez zbytniego zażenowania oświadczył, że praktycznie nie czyta gazet i czasopism (bo nic nie kupuje), czasem tylko coś przejrzy w zakładzie, jak koledzy zostawią na wierzchu.
We Freakonomii był również poruszony ten temat. Okazuje się, że ilość książek w domu jest bardziej skorelowana z sukcesami w szkole niż fakt czytania książek dziecku – czyli nawet jeśli biedna rodzina nie posiadająca książek będzie czytała dziecku to i tak będzie miało mniejsze szanse niż dziecko wychowywane w domu pełnym książek nawet jeśli nikt ich temu dziecku nie czyta.
Ja bym powiedział nie ‘inwestuj w książki’, ale w swoje wykształcenie by mieć wyższy status społeczny, zarobki itd bo to najbardziej pomoże twoim dzieciom.
Jako student jednego z dwóch najlepszych polskich uniwersytetów, mogę napisać, że niestety część moich znajomych poza podręcznikami nie czyta ŻADNYCH książek. Część czyta tylko “inne michałki”. Jest to o tyle dziwne, że w wielu przypadkach widziałem ich domy rodzinne pełne książek… Co ciekawe większość tych “nieczytających” znajomych to studenci ekonomii, zarządzania i prawa. Myślę, że w Krakowie może być podobnie;) pozdrawiam
@ Veln
Moje i Nemo pytania, są jak najbardziej zasadne, w świetle zasady ilość nie przechodzi w jakość i ważny jest też chyba profil biblioteczki (choć ja mam zasadniczo najlepsze i najciekawsze pozycje- zwane “must for modern library”).
Jeśli zaś idzie o uwagę o czytaniu ze zrozumieniem, to odwdzięczę się sugestią o dokładniejszym czytaniu, najlepiej oryginału, a nie poleganie jedynie na notce streszczającej.
Wtedy znikną wątpliwości i przyjdzie zrozumienie. Nawet lektura innych resume może być tu pomocna.
Nie zaszkodzi również przeczytać wyniki zbieżnych badań
Schuberta i Beckera z 2010.
@ GTC i Nemo
Hm, mysle, ze usrednianie w takich badaniach radzi sobie z takimi problemami. Po drugie, sadze, ze nawet 500 ramansidel czy 300 pozycji o brydzu to lepiej niz 0 ksiazek.
Omowienie Schubert and Becker 2010 jest tutaj:
http://ncte2008.ning.com/profiles/blogs/does-access-to-books-mitigate?xg_source=activity
@ GZ
Jeden z moich ulubionych pisarzy, nie pamietam kto dokladnie (a moze to byl Robert Stiller) powiedzial, ze by dobrze pisac trzeba bardzo duzo czytac. Cos tym jest.
Swoją drogą ciekawe jak przełoży się to u przyszłych pokoleń. Notoryczny brak czasu na “cokolwiek” nawet u bardzo dobrze wykształconych, wiedza przekazywana w formie instant (internet, którego w latach “dzieciństwa” obecnie kończących studia jeszcze nie było w takiej formie jak teraz) itp.
500 w 10 lat?
Bardzo ułatwia sprawę związek czytacza z czytającą dziewczyną. Jeśli zamieszkają razem na stałe, to 500 przekroczą około 30-tki. Znam osobiście taka parę.
A potem – skoro szanse na lepszy start potomków zapewnione – czas zabrać się za płodzenie ;)
A jak ktoś wypożycza z biblioteki?
Nie sądzę, żeby w dobie internetu nie czytanie gazet lub czasopism miało o czymś negatywnie świadczyć.
Akurat mam wrażenie, że brydż to jest mocno stymulujące intelektualnie hobby. Więc jak tylko dziecko się zainteresuje – a na pewno ileś tam książek stojących na półkach mu w tym pomoże – to już. (Swoją drogą, imponująca kolekcja).
Opowiem Wam anegdotę – 4 lata temu moją siostrę odwiedził w naszym domu kolega z Korei Płd. Nazywa się Hideaki (choć pewnie piszę się to inaczej), i jest mechanikiem w fabryce Hondy (o ile dobrze pamiętam). Generalnie nie jest biedny (zarabia np. dość, by pojeździć sobie po Europie kanapując u znajomych), ale gdy wszedł do naszego pokoju, to spytał nas, czy jesteśmy bogaci. Jesteśmy normalną rodziną klasy średniej, w tamtym czasie nie mieliśmy nawet auta, bo euro skoczyło, i kredyt na mieszkanie nam trochę zdrożał.
Spytaliśmy go, skąd to pytanie.
Odpowiedział, że w Korei tylko najbogatsi miewają 5 regałów książek.
A co do edukacji – przyznam rację. Odkąd mój Tata jakieś 7 lat temu powiedział, że będzie mi refundował zakupy wszystkich potrzebnych mi do nauki książek (niekoniecznie szkolnej) po 3 latach liceum zacząłem widywać headhunterów :)
ja z konieczności (uczulenie na roztocza kurzu domowego) musiałem pozbyć się mojego księgozbioru oddając jako dar do najbliższej biblioteki- widać popełniłem błąd:/