W powszechnym przekonaniu, młodzi Amerykanie będą musieli płacić wyższe podatki by sfinansować programy emerytalne pokolenia baby boomers. Media i publicyści często pokazują pokolenie powojennego wyżu jako generację, która w pełni skorzysta z dobrodziejstw szczodrego systemu emerytalnego. Przekonanie to jest częścią szerszej konstrukcji myślowej, według której, rozwiązaniem problemów z systemami emerytalnymi może być wzrost demograficzny.
Tymczasem, najnowsze badania naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkley wskazują, że młode pokolenie Amerykanów (generalnie ludzie urodzeni w latach 1972-2060) więcej otrzyma od rządu niż zapłaci w podatkach. Dlaczego? Otóż, bilans transferów międzygeneracyjnych diametralnie się zmienia jeśli doliczyć do nich publiczną edukację i właściwie zdyskontować jej wartość w czasie.
Istnieją dwa problemy z edukacją w transferach międzygeneracyjnych. Pierwszy problem pokazuje poniższy wykres, a który sprowadza się do tego, że ludzie urodzeni w 1980 będą kształcić się o 5,5 lat dłużej niż ludzie urodzeni w 1900, 3 lata dłużej niż urodzeni w 1935 roku i rok dłużej niż ludzie urodzeni e 1955 roku. Warto przy tym pamiętać, że koszt edukacji wzrastał w ostatnich dekadach dużo szybciej od inflacji:
Drugi problem z edukacją polega na tym, że najpierw się ją otrzymuje a później płaci się podatki, które wartość tej edukacji zwracają. Zupełna odwrotność systemu emerytalnego gdzie najpierw się płaci a później otrzymuje świadczenia. Autorzy badań doszli do wniosków, że każdy dolar otrzymany w ramach publicznej edukacji równoważny jest dziesięciu dolarom otrzymanym w ramach świadczeń emerytalnych.
Dlatego z badań wynika, że Amerykanie poniżej 38 lat, oraz wszyscy urodzeni w latach 2010-2030 będą beneficjentami netto systemu podatkowo-budżetowego a korzyści wynosić będą od 4% do 6% ich życiowych zarobków. Dla porównania, Amerykanie urodzeni pomiędzy 1930 a 1947 rokiem stracą od 1% do 2% życiowych dochodów wskutek niekorzystnych transferów międzygeneracyjnych. Z całą pewnością powrócę do sprawy gdy dostępna będzie pełna wersja badań.
Omówione badania wskazują na potrzebę przeanalizowania wszystkich zysków i kosztów związanych ze wzrostem demograficznym. Obecnie, wskutek politycznej poprawności, powszechnie przyjmuje się, że wzrost demograficzny jest czymś korzystnym. Być może zakrojone na szeroką skalę badania potwierdzą to stanowisko, być może dostarczą dowodów falsyfikujących je.


Czy spadek demograficzny nie wiązałby się najpardopodobniej ze spadkiem GDP? Przypuszczam, że tak. W dzisiejszym świecie cięzko byłoby znaleźć kogos kto uwazałby, że wzrost GDP nie jest pożądany.
Jednocześnie rodzi się we mnie dziwne pytanie: skąd właścicwie powszechny pozytywny stosunek do wzrostu GDP? Czy mając na uwadze wywiad do którego Trystero się odnosi, nie byłoby najlepszym rozwiązaniem stałe GDP?
:bourne
Raczej ważniejszy powinien być GDP per capita. Ciągłe zwiększanie zaludnienia dla wzrostu gospodarczego zakrawa na szaleństwo. Szwajcaria ma się zupełnie dobrze ze stabilną populacją.
Rządy uwielbiają wzrost gospodarczy – który nie musi oznaczać polepszania się poziomu życia – bo to pozwala na nieustanne zwiększanie deficytu w budżetach a zadłużenie państwa też przelicza się na procenty GDP.
@trystero,
Źle odczytujesz ten wykres. Na osi x jest rok dwudziestych pierwszych urodzin, co oczywiście nie zmienia faktu, że długość edukacji wzrasta.
Ja jednak nie mam zaufania do tych badań. Jeśli coś jest sprzeczne z intuicją (a intuicja podpowiada, że baby boomers wykorzystują jednak późniejsze pokolenia, aczkolwiek efekt w USA jest nie taki wielki, bo piramida demograficzna jest w miarę stabilna, odwrotnie niż w Polsce, gdzie efekt jest dramatyczny), to parę liczb nie wystarcza.
Długość edukacji wzrasta, ale czy długość bezpłatnej też? Spora część wzrostu to zwiększenie poziomu skolaryzacji, a ta nauka jest płatna, co więcej obecnie na stanowych uniwersytetach młodzi płacą więcej niż ich rodzice na prywatnych studiach otrzymując dużo mniej za tyle samo. Po drugie czy długość przechodzi w jakość? Opracowania, które znam mówią o spadku poziomu edukacji publicznej w USA w porównaniu z przeszłością. Po trzecie wreszcie, nie widzę nigdzie omówionej opieki zdrowotnej. Podatnika Amerykańskiego wiele kosztuje program Medicare.
Juz zupełnie pomijam subtelne transfery, a takie też należałoby wziąć pod uwagę. Polityka niskich stóp podbiła ceny nieruchomości, które są (nawet po ostatnim krachu) wyższe realnie niż w czasie, kiedy baby boomers kupowali swoje nieruchomości. Młodzi płacą teraz wyższe ceny baby boomerom, którzy im sprzedają swoje nieruchomości przenosząc się do mniejszych.
Obecne pokolenia zapłacą też (bezpośrednio lub inflacją) za dług publiczny na ratowanie banków, które finansowały konsumpcyjny szał baby boomers.
@ poszi
Źle odczytujesz ten wykres. Na osi x jest rok dwudziestych pierwszych urodzin, co oczywiście nie zmienia faktu, że długość edukacji wzrasta.
Tak wlasnie go odczytuje. Dla osob urodzonych w 1900 roku wzialem dane z 1920 roku, i tak dalej.
Rozumiem Twoje uwagi, niewiele moge napisac bo nie widzialem calych badan. Mnie zdumiewa fakt, ze ten problem jest tak malo zbadany.
@ bourne, alan
Dla mnie generalnie wzrost PKB nie ma tak duzego znaczenia jak wzrost PKB per capita. Tak wiec, ja sie z Twoja uwaga zgadzam.
Rozwazmy przyklad. Panstwo A – 1 mln ludzi i PKB per capita 10 000 USD i Panstwo B – 1 mln ludzi i PKB per capita 10 000 USD. Po 10 latach w panstwie A jest 1,5 mln ludzi i PKB per capita 10 000 USD a w panstwie B jest 1 mln ludzi i PKB per capita 14 000 USD. PKB w panstwie A to 15 mld USD a w panstwie B to 14 mld. Rzecz w tym, ze ja wolalbym zyc w panstwie B.
Moim zdaniem ludzkosc osiagnela juz efekt skali i dalszy wzrost demograficzny i wzrost PKB nie sa juz wazne. Istotny jest w mojej opinii wzrost PKB per capita, ktory przy stalej populacji spowoduje wzrost PKB, a przede wszystkim ‘wyciagniecie’ jak najwiekszej liczby ludzi do poziomu, na ktorym moga dokladac swoja cegielke w rozwoj cywilizacji. To umozliwiloby ludzkosci wylawianie geniuszy z puli 7 mld ludzi a nie z 1 czy 2 mld. Innymi slowy, otworzenie szans edukacyjnych dla wszystkich dzieci na Ziemi byloby olbrzymim zastrzykiem ‘zdolnosci’ dla cywilizacji ludzkiej. To jest dla mnie priorytet.
Zdaje sobie sprawe, ze takie poglady, zwlaszcza w Polsce, zwlaszcza w pewnych srodowiskach sa niepopularne, moze nawet bluzniercze, ale intuicyjnie nie widze korzysci z przyrostu demograficznego na tym etapie rozwoju ludzkosci. Zaluje, ze takim pogladom od razu maluje sie spiskowa brode i lewacka etykietke.
Witam,
Pozwolilem sobie na wpis polemiczny,
Slomski.us
@ Doxa
Lze-naukowiec
To jest Twoj argument? Kazdy kto sie z Toba nie zgadza to ‘lze-naukowiec’?
Nie ma darmowej edukacji w USA, poza elementary school i high school.
Sugerujesz, ze naukowcy z Berkley o tym nie wiedzieli? Uwazasz, ze community college (tam jest ‘e’ a nie ‘a’) nie sa sybsydiowane przez wladze lokalne?
Rety! To niewiarygodne ale Internet kazdego dnia jest w stanie mnie zaskoczyc.
@ Doxa, Trystero
“To jest Twoj argument? Kazdy kto sie z Toba nie zgadza to ‘lze-naukowiec’?
Zdaje się że tego typu badania (terra incognita) mogą budzić poważne pytania prawidłowość metodologi. Zwłaszcza jeśli zaprzeczają pierwszemu zdrowo rozsądkowemu wrażeniu.
Zdaje się że zwłaszcza rosnące nakłady na służbę zdrowia niekoniecznie zostały w całości skalkulowane.
@ lendo
Pewnie. Napisalem, ze wroce do sprawy jak dostepna bedzie pelna wersja badan. Po drugie, badanie transferow miedzygeneracyjnych w latach 1850-2090 musi zaczac sie od przyjecia kilku zalozen i trafnosc tych zalozen determinowac bedzie trafnosc rezultatow. O tym jak zalozenia determinuja wyniki pisalem przy okazji liczenia fiscal imbalance.
Natomiast, na litosc boska, od krytyki oczekuje czegos wiecej od ‘lze-naukowiec’.
Autor jak zawsze prezentuje fascynację różnego typu statystykami – to ja opowiem historię z życia wziętą: otóż niedawno ministerstwo sprawiedliwości w swej niezmierzonej mądrości wprowadziło przepis aby wszyscy urzędnicy sądowi mieli tytuł mgr. Zamysł na pierwszy rzut oka chwalebny dla wielbicieli indeksów HDI i inszych rankingów. Efekt: z pracy poodchodziło sporo urzędników z olbrzymim doświadczeniem praktycznym, którzy albo nie chcieli albo nie mogli zdobyć papierka na wyznaczony termin. O jakości robionych przymusowo magisterek u niektórych nie wspomnę. Jak Szanowny Autor myśli: jakość pracy sekretariatów sądowych od tego czasu wzrosła czy spadła ?
I do czego jest potrzebny tytuł przy protokołowaniu rozpraw czy wypełnianiu wezwań [prócz tego że uszczęśliwiany człowiek traci kupę czasu i kasy] ?
Oczywiście nie wątpię, że natychmiast znajdą się badania wskazujące na dobrodziejstwa masowego robienia magistrów, doktorów i licencjatów. Ja natomiast wiem gdzie sobie takie badania można wsadzić.
Fundamentalny problem w omawianej tezie, to zakładanie, że edukacja którą otrzymają młodzi jest prawidłowo wyceniana. Tymczasem mamy do czynienia z gigantyczną inflacją dyplomów, dolar wpompowany w edukację klienta szkolnictwa wyższego nie daje już takiej stopy zwrotu w jego późniejszych zarobkach jak wiele lat temu. Stąd nagle może się okazać, że cała ta kasa, którą “otrzyma” młode pokolenie pójdzie, cytując klasyka (oczywiście z “Dnia Świra” bo też na tematy edukacyjne), “jak krew w piach”.
To tak jakby młodzi mieli się cieszyć, że w 2006 dostali po milionie dolarów w MBS opartych na subprime’ach z możliwością zbycia najwcześniej za dekadę. Co z tego, że ten “prezent” jest chwilowo wyceniany tak jak jest wyceniany, skoro jego długoterminowa wartość jest wątpliwa.
Z jednej strony mamy wspomnianą gigantyczną inflację dyplomów, z drugiej strony zwyczajną bańkę, która ceny wykształcenia wywindowała na niemożliwe do utrzymania poziomy, stąd prawdziwa wartość tego prezentu może być w dłuższej perspektywie bardzo wątpliwa.
Nie gniewaj się na Doxę – on robi w trochę innej branży.
@poszi
Przepraszam za offtop i prywatę na blogu Trystero,
ale kiedy będzie nowy słupek na liczniku kredytów?
@ Nemo, adegie
Powtarzam, nie mam dostepu do pelnej wersji badan. Moge jedynie przypuszczac, ze edukacje wyceniono kosztowo, czyli tyle ile rzad za nia zaplacil.
To samo dotyczy emerytur. Wycenia sie je kosztowo. Niewazne, czy emeryt pomnozy pieniadze na gieldzie czy straci w kasynie (albo na odwrot, hehe). Stad niewazne czy ktos zdobyl dyplom i podaje frytki w KFC czy zdobyl umiejetnosci i swietnie zarabia.
Panowie, sam na blogu pisalem o bance spekulacyjnej na rynku edukacji i o nierownej wartosci edukacji, wiec problemy, na ktore zwracacie uwage sa mi znane. Zgadzam sie z Waszymi uwagami. Po prostu nie sadze by wplywaly na wyniki badan.
@adegie,
To zależy od tego, kiedy dane poda NBP. Najprawdopodobniej w poniedziałek, bo już czas na to (nigdy nie znalazłem kalendarza tych publikacji, więc nie wiem na pewno). Słupek będzie najprawdopodobniej wysoki (nie zdziwi mnie najwyższy od 2008 roku), bo wstępne dane podaży pieniądza coś takiego sugerują, a poza tym styczeń i luty były słabe, więc teraz będzie trochę nadrabiania.
@adegie,
Już zaktualizowane.
Więcej niż w styczniu i lutym i więcej niż w zeszłym roku, ale biorąc pod uwagę kiepską pogode zimową i szumne zapowiedzi, to jednak nie jest taki specjalny wynik. I kw 2010 ma ok 3% wiekszy przyrost zadłużenia niz analogiczny kwartał ubiegłego roku.
Ja też przepraszam za odpowiedź na offtop.
@poszi
Właśnie przed momentem zobaczyłem. Faktycznie bez szału. Dzięki.