Trudności na amerykańskim rynku pracy głęboko zapadły do świadomości ekspertów ekonomicznych i politycznych. Większość z nich skupia się jednak na głównych danych, takich jak poziom bezrobocia czy liczba utraconych miejsc pracy. Zwłaszcza ten ostatni wskaźnik powinien działać otrzeźwiająco na wszystkich bagatelizujących rozmiary recesji w USA:
Najbardziej niepokojącym zjawiskiem na amerykańskim rynku pracy jest rosnąca od początku recesji średnia długość trwania bezrobocia. Na początku recesji, pod koniec 2007 roku, przy 5% bezrobocia przeciętna długość trwania bezrobocia wynosiła 17 tygodni. Następnie, długość trwania bezrobocia, zgodnie z przewidywaniami, rosła wraz ze wzrostem poziomu bezrobocia – zgodnie z trendem obserwowanym od 1947 roku. W 2009 roku nastąpiło ‘oderwanie się’ długości trwania bezrobocia od trendu wskutek dramatycznego wzrostu tego wskaźnika przy relatywnie niewielkim wzroście poziomu bezrobocia. Pokazuje to poniższy wykres:
Długotrwałe bezrobocie jest bardzo poważnym zjawiskiem gospodarczym i społecznym. Po pierwsze, gospodarstwa domowe dotknięte długotrwałym bezrobociem nie mają innego wyjścia i istotnie ograniczają konsumpcję co ma swoje oczywiste konsekwencje dla wzrostu gospodarczego. Po drugie, epizod długotrwałego bezrobocia trwale obniża dochody bezrobotnego – nawet po znalezieniu przez niego pracy! Po prostu, pozycja takich bezrobotnych na rynku pracy staje się słaba i bardzo trudno jest ją odbudować.
Obecnie, 4,1% amerykańskiej siły roboczej, około 6,3 mln Amerykanów to osoby bezrobotne dłużej niż 27 tygodni, czyli pół roku. Dla porównania, na początku lat 80’ długotrwałym bezrobociem dotknięte było 2,6% siły roboczej. Proszę popatrzeć na ten świetny wykres przygotowany przez Calculated Risk rozbijający bezrobocie na cztery kategorie, w zależności od długości bezrobocia:
Pytanie o przyczynę takie stanu rzeczy może wydawać się banalne, warto jednak zauważyć, że istnieją dwie możliwości: przyczyną może być bardzo duża ilość zwolnień lub bardzo mała ilość tworzonych miejsc pracy. Wydaje się, że obecnie należałoby położyć akcent powolne tworzenie nowych miejsc pracy. Wskazują na to dwa dalsze wykresy. Pierwszy pokazuje ilu bezrobotnych przypada na każde utworzone miejsce pracy:
Drugi wykres pokazuje jaki procent istniejących i otwartych etatów stanowi nowo-utworzone miejsca pracy w poszczególnych sektorach gospodarki:
Powyższe dane można podsumować w ten sposób: jeśli w najbliższym czasie nie nastąpi istotna rewolucja techniczna, przynajmniej porównywalna z ekspansją sektora IT w latach 90’, to odbudowa amerykańskiego rynku pracy a wraz z nią odrodzenie gospodarcze w USA będzie powolna i długotrwała.







Spiskowa część mojego gadziego mózgu, widząc drugi wykres, widzi powód do podejrzeń co do wiarygodności danych o stopie bezrobocia.
Myślę, że kryzys umożliwił firmom pozbycie się balastu nieefektywnych pracowników zatrudnionych ponad potrzebę. Stąd też zwolnieni nie mają teraz łatwego powrotu, bo miejsc pracy, na które mogliby wskoczyć już po prostu nie ma – zostały rozdzielone pomiędzy tych, którzy pozostali zatrudnieni i zmuszeni (zmotywowani to chyba za słabe słowo) do większego wysiłku.
Nowe miejsca pracy tym czasem nie powstają w historycznym tempie, bo i charakter gospodarki USA w międzyczasie znacząco się zmienił. Jeżeli już produkuje się na miejscu, to w sposób wysoce zautomatyzowany, wymagający nie, jak dawniej, tysięcy ludzi przykręcających śrubki czy uprawiających pola, a niewielkich ilości kwalifikowanego personelu do obsługi maszyn. Plus ewentualnie garstki emigrantów wykonujących prace fizyczne za podłe stawki.
Sytuacja, w której zostanie w Stanach po kryzysie grupa “permanentnych bezrobotnych”, wydaje mi się być wysoce prawdopodobna. Kraj ten dysponuje jednak pewnymi tradycyjnymi mechanizmami, które ograniczają wpływ tego rodzaju kłopotów na resztę gospodarki/społeczeństwa – gettami biedoty oraz powszechnym dostępem do broni ;)
@ adegie
Niekoniecznie. Mechanizm, ktory sluzy obnizeniu glownego wskaznika bezrobocia U3 (wyrzucanie zniecheconych, nie szukajacych pracy i pracujacych na czesc etatu) obniza takze liczbe dlugotrwale bezrobotnych, nawet przede wszystkim obniza liczbe dlugotrwale bezrobotnych (oczywiscie ci wspomniani wczesniej nie znikaja tylko pojawiaja sie w U6).
@adegie @Trystero
a spiskowa część mojego widzi powód do podejrzeń o wiarygodność danych nt. (wzrostu) PKB.
Wczoraj taki dosyć zaskakujący wykres widziałam – może w ciągu ostatniego cyklu koniunkturalnego w USA zatrudnienie było “nadmiarowe” i teraz to sie wyrównuje? :
http://miniurl.pl/55102
Interesujący czwarty komentarz (Stevo).
@ Pierre dolnik
Jeszcze więcej gett pełnych uzbrojonych frustratów? Koniecznie otoczone zasiekami z drutu kolczastego.
@ dorota
Niesamowite przy tych danych jest to, ze wielkosc produkcji przemyslowej jest w USA wyzsza teraz niz w latach 70′.
@dorota,
Na tym wykresie nie widać nic poza tym, co wiemy: ostatnie 20 lat to znaczne zmniejszenie udziału zatrudnienia w przemyśle i zatrudnienie w gospodarce przestało korelować z kondycją przemysłu. Zatrudnienie w przemyśle nie rosło nawet w czasie boomu (w proporcji do całej populacji spadało)
http://tinyurl.com/yd57t4g
i w żadnym wypadku nie mogło być nadmiarowe. Nadmiarowi to byli (i są) jak już coś banksterzy.
“zatrudnienie w gospodarce przestało korelować z kondycją przemysłu” – tak, widać, jak usługi zaczynaja dominować w gospodarce. Widać też obie bańki ostatnie (i między nimi spadek zatrudnienia).
Zlinkowałam ten wykres, bo zastanowiło mnie, jak bardzo teraz zatrudnienie spadło, w sposób nieporównywalny do ostatniej recesji, “postindustrialnej” (ani poprzednich, “industrialnych”). COŚ się jednak stało.
1.Guzik mnie to obchodzi, że paru Amerykańców nie ma roboty.
2.Firmy SP500 i tak mają się nieźle, już ponad połowa zysków z poza USA; rośnie wydajność pracy itd.
3.Zatrudnienie też zaraz zacznie rosnąć. Przecież już wzrosła ilość przepracowanych godzin czyli następny w kolejce jest wzrost zatrudnienia a potem siła konsumenta.
USiaki SPADLI NA CZTERY ŁAPY. Dziwne, ale prawdziwe.
Zawsze są jakieś poważne problemy w gospodarce (teraz głównie dług publiczny) i z pozycji malkontentów
można wypatrywać nowej recesji i bessy. Tylko po co?
@_dorota
“zasiekami z drutu kolczastego.”
raczej drutu żyletkowego…
@ogif,
USA jest jak pacjent, który ciężko zachorował. Poszedł do lekarza i dostał silne środki przeciwbólowe, po których ból ustąpił. Choroba została, ale pacjent czuje się lepiej.
Być może mechanizmy samonaprawcze zadziałają (w gospodarce zawsze coś takiego wystepuje), ale całkiem prawdopodobne jest to, że pacjent znowu dostanie silnych bólów. Być może nie ostrych, ale przewlekłych. I leki przeciwbólowe już nie będą działać.
@ _dorota #5
Ciekawy wykres. Potwierdza w wyraźny sposób, że przed technologicznym bezrobociem nie ma ucieczki (niebieska linia), a próby jego kompensacji przez utrzymanie nadwyżek zatrudnienia z wykorzystaniem zysków płynących z zastosowania wydajniejszych technologii są na dłuższą metę skazane na porażkę (żółta linia).
Powstanie grupy permanentnie bezrobotnych wydaje się tym bardziej nieuniknione. Do jej ogarnięcia Amerykanie nie stosują bynajmniej drutu kolczastego; póki co wystarcza zróżnicowana skuteczność pracy policji, przeważnie proporcjonalna do podatków płaconych w danej okolicy. Ciekawe jednak co zrobią, gdy grupa ta przestanie być marginesem? Zwiększą stopień redystrybucji dochodów czy zbudują więcej więzień? Obstawiałbym to drugie.
A ja mam pytanie do jednego zdania z tego tekstu, wyrwanego z kontekstu: “Długotrwałe bezrobocie jest bardzo poważnym zjawiskiem gospodarczym i społecznym.”
Nie sformułowałem chyba tego dobrze, ale:
Czy gospodarka, jako rodzaj interakcji między ludźmi, działalności człowieka dla człowieka, czyli dla rynku, nie jest zawsze społeczna? Jaki jest sens mówienia “społeczna gospodarka rynkowa” czy “zjawisko gospodarcze i społeczne” poza akcentowaniem?
Ciekawi mnie to, zwłaszcza jak mowa w komentarzach pod wcześniejszym wpisem o przypadku restauracji/klubu. Przecież każda działalność gospodarcza jest nakierowana ostatecznie na społeczeństwo(rynek). Społeczeństwo oddziałuje, kupując lub nie, konkurując itd. Czy jak się domagam od prywatnego podmiotu by coś dla mnie uczynił poprzez jakąś politykę (np. antynikotynową), to nie jest udzielanie przywilejów jakieś grupie, kosztem praw innej? To nie jest podatek w naturze, jako świadczenie nieodpłatnie jakiejś usługi (jak budowa murów, umocnień w średniowieczu)? Jak to wyjaśnia definicja “każde miejsce dostępne dla nieokreślonej liczby osób” czyniąca z jakiejś firmy, działalność gospodarczą w “miejscu publicznym”?
Przy okazji, czy nie lepiej zamiast polityki kar, prowadzić akcje afirmatywne np. miejski portal internetowy z lokalami “bez papierosa”?
Bo sprowadzając do absurdu, jakbym się afiszował z satanizmem mogę żądać przyjęcia do prywatnej uczelni katolickiej na teologię i żądać szacunku dla mojego wyznania na wykładach?
Przepraszam za rozpisanie i małą precyzję.
@ Poszi # 11
Wymieniłbym lekarzy, bo keynesizm daje zbyt groźne efekty uboczne.
Nigdy nie byłem w USA, nie mam tam znajomych i los amerykańskiej gospodarki jest dla mnie ciekawy WYŁĄCZNIE w kontekście jej wpływu na nas.
IMHO ten wpływ jest duży tylko wtedy gdy dzieją się tam rzeczy dzikie i dziwne.
Gdy USiaki dostaną normalnej recesji (takiej bez upadania całego systemu finansowego, bez totalnych niewypłacalności itp.) to nie widzę większego problemu. Normalka. Nasza chata z kraja.
@ Han, 13
“Społeczna gospodarka rynkowa” to tylko chwyt demagogiczny kryjący chęc do większej redystrybucji dochodu. Inny problem, że w Stanach chyba będzie musiało dojść do większej redystrybucji.
@dorota
A najbardziej pouczająca jest lektura dyskusji pod linkowanym wykresem.Ulżyło mi.Jestesmy normalni :-)) Oni też mają podobnie…