W poprzednim tekście wspomniałem, że w budżecie USA na 2011 roku zapisano 80 mld USD wydatków na kartki żywnościowe (food stamps) – czyli kupony na żywność, które amerykański rząd przekazuje najbiedniejszym Amerykanom. Kilka godzin po zapoznaniu się z tym faktem uświadomiłem sobie, że wartość planowanych w 2011 roku wydatków rządu USA na food stamps to około 80% całego polskiego budżetu na 2010 rok (wydatki mają wynieść 301 mld PLN, a więc jakieś 103 mld USD).
Amerykański budżet jest około 37 razy większy niż polski – podobny program ‘dożywiania’ społeczeństwa miałby więc w Polsce wartość 2,2 mld USD, a więc 6,3 mld złotych. Ktoś jest sobie wyobrazić polski budżet z zapisanymi 6,3 mld złotych wydatków na kartki żywnościowe? W każdym razie, te 80 mld USD to około 260 USD na każdego Amerykanina.
Więcej o kartkach żywnościowych pisał niedawno James Bianco na Big Picture. W listopadzie 2009 z programu korzystało około 38 mln Amerykanów, czyli ponad 12% społeczeństwa. Przeciętna miesięczna wartość pomocy zbliża się do 135 USD na uczestnika programu. Poniższy wykres przedstawia zmianę liczby uczestników i wartość miesięcznej pomocy Supplemental Nutritional Assistance Program od 1969 roku do 2009 roku:
W ostatnim okresie, liczba uczestników programu wzrosła z około 26,5 mln pod koniec 2006 roku do 38,2 mln pod koniec 2009 roku. Na stronach Big Picture dostępny jest wykres miesięczny obejmujący ostatnie kilka lat. Ja sprawdziłem co o kartkach żywnościowych wie Google Trends:
Oczywiście, całą tę historię można potraktować jako ciekawostkę (bardzo proszę nie wyciągać z niej wniosku, że Amerykanie głodują, etc) ale moim zdaniem to kolejny dowód na to, że kryzys gospodarczy, który w Polsce często wzbudza uśmiech politowania, w USA jest czymś realnym.




Tyle że ilość osób w tym programie rośnie już od 8 lat.
Coraz więcej chleba i coraz więcej igrzysk – to w końcu sprawdzona metoda utrzymywania się przy władzy:)
Food stamps są istotnie widoczne. Wiele razy widziałem jak w supermarkecie nimi płacono. Ale myślę, trystero, ze Polska wypłaca tego tyle samo lub więcej, tylko w żywej gotówce. Zasiłki rodzinne, opiekuńcze, et cetera, et cetera. W USA z pewnych nie do końca jasnych dla mnie powodów istnieje niechęć do dawania zasiłków w gotówce. Oczywiście chodzi o to, że taki jest społeczny klimat, żeby beneficjenci tego nie przepili albo w inny sposób nie przełajdaczyli, ale ponieważ każdy (może poza skrajnymi alkoholikami) musi coś jeść, to niewiele się różni od zasiłku w gotówce. Moje nie do końca pewnie reprezentatywne obserwacje z supermarketów surerują, że beneficjenci food stamps raczej nie głodują (nawet powiedziałbym że są to ludzie w większym stopniu otyli niż przeciętni), ale to niezamożne rodziny wielodzietne, często w pierwszym pokoleniu imigrantów. Ciekawy (aczkolwiek nie dziwny) jest wzrost tej pomocy, ale ponieważ w USA nie ma rozbudowanej pomocy socjalnej, osoby, które mają kłopoty z wiązaniem końca z końcem zgłaszają się do tego programu, bo innych specjalnie nie ma.
@poszi:
W moim odczuciu amerykańska pomoc społeczna jest bardziej demoralizująca niż w Polsce. Aby załapać się na Medicaid, albo food stamps, należy nie tylko mieć niski dochód, ale również niewielki majątek. I tak np. mój dochód zakwalifikował by mnie do takiej pomocy, bo mam sporą rodzinę, ale posiadanie zbyt wielu zbyt “nowych” samochodów, albo nawet niewielkich oszczędności – dyskwalifikują. Zatem, aby załapać się na pomoc, musisz przepić swoje pieniądze. Sam niski dochód nie wystarczy, bo ten co oszczędza, g… dostanie.
Ja rozumiem, że trzeba unikać wspierania milionerów za pomocą food stamps tylko dlatego, że mają niską pensję, ale żeby posiadanie paru tysięcy $$ na koncie dyskwalifikowało, to co to jest, jak nie wspieranie wyłącznie rodzin patologicznych?
@ poszi
Wydaje mi sie, ze w 2010 roku korelacja pomiedzy nadwaga a ubostwem jest dodatnia i silna.
No tak. Tak właśnie wygląda ta nasza “zielona wyspa” na tle zatopionego w kryzysie tzw. “zachodu”. My wygrzebując się z dna, uwolnieni od Moskali nawet w tych trudnych czasach jednak pełzniemy ku górze. Ale nie znaczy to wcale, że sternikiem tej łajby jest jakiś tam Donald, to histaria, bulgocze i akurat my ciało najlżejsze unosimy się gdy ta zupa zgęstniała za nadto. Ot co.
@ e_djur
bardzo ciekawie to ująłeś i mysle że sporo w tym racji
4# “W moim odczuciu amerykańska pomoc społeczna jest bardziej demoralizująca niż w Polsce”
A w moim odczuciu nie. Uważam że jest równie demoralizująca.
Twój post kujawianinie uważam mimo wszytko za rewelacyjny. Mi samemu rzadko udaje się wzbić na taki poziom sarkazmu i ironii. :)
“Uważam że jest równie demoralizująca.”
W Polsce na pomoc społeczną idą tak niskie środki że nie ma mowy o demoralizacji. Zresztą to całe gadanie o demoralizujących skutkach pomocy społecznej to jeden z wielu liberalnych mitów.
@Liberto, llukiz:
Ja w ogólności nie jestem przeciwnikiem pomocy społecznej. Jednak w moim odczuciu tak jak się ją konstruuje w USA, jest zrobione źle. Zarabiam X dolarów miesięcznie i z tych pieniędzy jestem w stanie sobie odłożyć oszczędności, które gdy już są, to mnie dyskwalifikują do otrzymania pomocy. A przecież te oszczędności zostały odłożone z tej właśnie niskiej pensji, która wg panujących tu stawek jest na tyle niska, że mógłbym food stamps dostać. Jednocześnie patologiczna rodzina, która mieszka obok, wydaje pieniądze na papierosy, alkohol, tatuaże (piszę o konkretnym przypadku, taką rodzinę znałem), otóż oni pomoc dostaną, bo wszystko przepili. Przy tym samym dochodzie na rodzinę! Tak to tutaj wygląda, to nie są żadne wymysły. Niestety. Stąd myślę, że sposób w jaki konstruuje się tutaj tę pomoc tak naprawdę konserwuje patologie. Bo jaką nagrodę dostaniesz jak tylko zaczniesz żyć normalnie, odłożysz sobie pieniądze by mieć na samochód, dom, saldo na koncie? Zabiorą Ci food stamps, mimo, że dochód nie wzrósł.
Podobnie irytująca jest konstrukcja podatków. Sytuacja podobna, masz średnią pensję (może nawet wyższą od średniej), ale przy sporej rodzinie możesz sobie “odpisać od podatku” każde posiadane dziecko. Jeżeli suma odpisów przekracza kwotę zapłaconego podatku, to IRS może nawet zwrócić więcej niż się podatku zapłaciło (tax credit). Ale jest znowu dziwny haczyk: jeżeli masz więcej niż, dokładnie nie pamiętam, chyba $3000 dochodu z odsetek czy giełdy, to tego “zwrotu” nie dostaniesz. Wychodzi taki absurd, że nie osiągając żadnych dochodów na giełdzie i z odsetek, mógłbym dostać max. $4500 jako ten tax credit, ale jeżeli zarobię $3000 na giełdzie, to nie dostanę nic. Zarabiając 3 tys. jestem $1500 do tyłu.
@kujawianin
Co narzekasz? Przecież libereto Ci napisał że “gadanie o demoralizujących skutkach pomocy społecznej to jeden z wielu liberalnych mitów.”
Przypomina mi się wypowiedź w TVP3 jednego klienta opieki społecznej. Wygłosił on mniej więcej takie zdanie:
Przez 10 lat biorę pieniądze od opieki społecznej, to chyba należy mi się jakaś podwyżka!
Normalnie klasyk…
@llukiz:
Nie narzekam. :) Pomocy społecznej nie potrzebuję i z niej nie korzystam, jednak irytuje mnie sposób jej konstrukcji i konserwowanie za jej pomocą patologii. W końcu też płacę na nią podatki. Natomiast zainteresowałem się nią gdy żona rodziła dziecko, dowiedziałem się, że można ubiegać się o dofinansowanie zwrotu kosztów porodu. Tutaj każda wizyta w szpitalu to wydatek rzędu paru tysięcy dolarów (mając ubezpieczenie). Kiedyś pisałem w komentarzach na tym blogu o kosztach szpitalnych w USA. Jednak właśnie wówczas powiedziano mi, że dochód mam OK, ale oszczędności mnie dyskwalifikują.
@kujawianin
Program kartkowy nie demoralizuje, jak mawiał onegdaj mój znajomy barbarzyńca z USA, owe kartki konsumujący, to oszczędzanie w bankach demoralizuje ludzi;-) Rozsądny człowiek, przy każdym poziomie dochodu optymalizuje swoje wydatki, a skoro wg kryterium dochodowego na darmowe żarcie można się załapać, ale nie można mieć oszczędności w banku, to to trzeba oszczędności bankowe zamienić na inne (gotówkę w domu, złoto itp).
W sytuacji, kiedy państwo pieniędzmi obywateli uprawia pomoc społeczną dla bankierów, rezygnowanie z pomocy społecznej, kiedy się na to kwalifikujemy, jest zwykłą głupotą.
Nic tak nie demoralizuje obywateli jak bezmyślne prawo.