Jeszcze się taki nie narodził co by wszystkim dogodził – głosi stare polskie przysłowie a amerykańskie Bureau of Labor Statistics pokazuje, że jest możliwe. Dziś, BLS opublikowało kolejny raport, który zadowolił zarówno byki jak i niedźwiedzie.
Dwa kluczowe wskaźniki – stopa bezrobocia i zmiana miejsc pracy w sektorze pozarolniczym (NFP – Nonfarm payrolls) wydawały się pochodzić z dwóch różnych gospodarek. Stopa bezrobocia spadła z 10% do 9,7% (przy prognozach na poziomie 10%). Amerykańska gospodarka straciła natomiast 20 000 miejsc pracy, po utracie 150 000 w grudniu. Jak to możliwe?
Poświęciłem temu problemowi dwa teksty (tutaj i tutaj) więc przypomnę w telegraficznym skrócie. Stopa bezrobocia i NFP pochodzą z dwóch różnych badań. Stopa bezrobocia z ankiety przeprowadzonej wśród gospodarstw domowych (Household Survey Data w ramach Current Population Survey). NFP z badań przeprowadzanych wśród przedsiębiorstw (Establishment Survey Data w ramach Current Employment Statistics). Dlatego często zdarza się, że stopa bezrobocia spada gdy NFP są ujemne lub stopa bezrobocia rośnie gdy NFP są dodatnie.
Zawsze podkreślam, że w przypadku raportów z rynku pracy nie można polegać na głównych danych i trzeba sprawdzać szczegóły. Dlatego wybrałem informacje z dzisiejszego raportu, które zadowolą niedźwiedzie i byki. Zacznijmy od negatywnych sygnałów:
Raporty pokazały dotkliwe rewizje w dół poprzednich danych. Pisałem wczoraj, że dane od kwietnia 2008 do marca 2009 zostaną zrewidowane o 824 000 w dół. Rewizja sięgnęła 930 000. Co więcej, wstępnie zrewidowano dane z okresu marzec 2009 – grudzień 2009 i podano, że gospodarka utraciła o 433 000 więcej etatów niż pierwotnie publikowano. Od początku recesji w grudniu 2007 roku, USA straciły 8,4 miliona miejsc pracy.
Fatalnie wyglądają dane o długości pozostawania bez pracy. Ponad 41% bezrobotnych nie ma pracy pół roku i więcej. To 6,3 mln Amerykanów. Bez wątpienia, obecna sytuacja na rynku pracy w USA nie wynika tylko z cyklu koniunkturalnego. To problem strukturalny.
Dzisiejszy raport zawierał także pozytywne sygnały:
Spadła nie tylko główna miara bezrobocia – U3, z 10% do 9,7% ale także najbardziej szeroka miara bezrobocia – U6. Ten ostatni wskaźnik spadł z 18,3% do 16,5%. Przypomnę, że U6 obejmuje ludzi nie mających pracy i aktywnie jej szukających, ludzi zniechęconych do szukania pracy warunkami ekonomicznymi (discouraged workers), ludzi, którzy nie szukają pracy ale chcą pracować (marginally attached workers) oraz osoby pracujące na część etatu z powodów ekonomicznych.
Na spadek wskaźnika U6 wpłynął przede wszystkim spadek liczby Amerykanów zatrudnionych na części etatu z powodów ekonomicznych (czyli ludzi, którzy chcą pracować na cały etat a muszą się zadowolić ½ albo ¼ etatu). Liczba, tzw underemployed spadła z 9,2 mln do 8,3 mln!
Wzrosła przeciętna liczba przepracowanych tygodniowo godzin, z 33,2 do 33,3. Ta zmiana wydaje się niewielka ale to ‘0,1 godziny’ powoduje ten sam efekt co zatrudnienie dodatkowych 400 000 pracowników.
Po raz pierwszy od stycznia 2007 wzrosła liczba etatów w zakładach produkcyjnych (factory jobs). Wzrosła także przeciętna długość tygodnia pracy i poziom nadgodzin w tym sektorze. Można spodziewać się dobrych danych o produkcji przemysłowej w styczniu.
Kolejny miesiąc z rzędu wzrosła liczba pracowników tymczasowych – tym razem o 52 000 etatów.
Przede wszystkim, Household Survey pokazał stworzenie 541 000 miejsc pracy. Pokazany w Household Survey spadek bezrobocia nie wynikał ze zmniejszenia siły roboczej. Wzrósł zarówno wskaźnik zatrudnienia (stosunek pracujących Amerykanów do dorosłej populacji) jak i wskaźnik partycypacji w sile roboczej (odsetek Amerykanów w wieku produkcyjnych będących w sile roboczej).
Podsumowując. Dzisiejszy raport pokazał, że stan rynku pracy w USA w 2009 roku był gorszy niż to wynikało z poprzednich danych. Raport zawierał jednak pewne sygnały wskazujące, że poprawa sytuacji na rynku może być blisko. Odbierałbym ten raport pozytywnie, gdyby nie świadomość, że mamy stopy procentowe w okolicy zera, 10% deficytu budżetowego i bilans FED na poziomie 2,2 bln dolarów. Fakt, że rynek pracy jest jaki jest przy takiej skali rządowej interwencji pokazuje prawdziwy stan amerykańskiej gospodarki.



Omawiane przez Ciebie dane statystyczne bardzo fajnie pokazują, że Polacy powinni być nimi bardzo zainteresowani. Rynek zgadza się z Twoją analizą i zareagował potężnymi spadkami na giełdach, w tym warszawskiej. Pokazuje to tyle, że amerykańska gospodarka ma duży wpływ na świat w tym i Polskę.
Ale do czego zmierzam? Zastanawia mnie to, w jaki sposób te dane mogą mieć przełożenie na nasze życie. Myślę, że są informacją o tym, że kryzys światowy wciąż ciąży na gospodarce. Polskie firmy mogą powstrzymywać się od inwestycji, a banki od kredytowania przedsiębiorstw. Takie działania mają też oczywisty wpływ na rynek pracy w Polsce.
Nie demonizowałbym, ale jeśli zła sytuacja gospodarek światowych potwierdzi się w kolejnych danych, to pewnie i my to odczujemy. W przeciwnym wypadku dyskusja o amerykańskim rynku pracy będzie ciekawa, ale długoterminowo nie będzie mieć większego znaczenia dla nas wszystkich.
No właśnie, póki co wygląda na to, że Polska nie odczuła amerykańskiego kryzysu zbyt mocno. Byłoby to niezwykłe zjawisko, bo Wielka Depresja w Polsce zamieniła się w znacznie większy koszmar niż nawet miało to miejsce w samym USA. I kto by pomyślał, że polska gospodarka jest taka mocna?
“Wzrosła przeciętna liczba przepracowanych tygodniowo godzin, z 33,2 do 33,2″
Chyba się wkradła pomyłka, bo powyższe oznacza brak wzrostu.
“Ta zmiana wydaje się niewielka ale to ‘0,1 godziny’ powoduje ten sam efekt co zatrudnienie dodatkowych 400 000 pracowników.”
Jaki jest margines błędu przy wyznaczaniu tego współczynnika?
Niewielkie zmiany w granicach błędu, niewiele tak naprawde mówią.
Dzisiejszemu wpisowi (oraz innym z przeszłości, których już z tytułu nie wspomnę) dedykuję wiersz :)
Taylor Mali – The The Impotence of Proofreading
http://www.youtube.com/watch?v=OonDPGwAyfQ
@ pierre dolnik
Hehe, dobre. Troche poprawilem. Za pozno pisalem :) Ale merytorycznie jest w najlepszym porzadku.
@ jako
Powinno byc z 33,2 do 33,3.
Nie wiem jaki jest margines bledu. Mysle, ze niewielki poniewaz sa to dane z zakladow pracy a wiec zapewne z realnych payrolls. Natomiast jest to tylko jakas czesc wszystkich przedsiebiorstw.
@trystero,
Dane oczywiście mają błędy. BLS ma ich krótki przegląd:
http://www.bls.gov/news.release/empsit.tn.htm
Generalna reguła jest taka, ze CES ma małe błedy samplowania, bo dużą próbkę, a spore systematyczne (bo nie sampluje całej populacji, m.in. nowo powstałych przedsiębiorstw, stąd osławiona poprawka birth-death), natomiast CPS ma spore błedy losowe, a umiarkowane systematyczne.
Z powodu błedów samplowania 90% przedział ufności dają zmiany o 107 tys. miejsc pracy dla CES i 400 tys. dla CPS.
http://www.bls.gov/news.release/empsit.htm
Te marginesy błędów dotyczą danych finalnych, w danych wstępnych (czyli za styczeń i grudzień) dochodzi jeszcze błąd niepełnej próbki, bowiem nie wszytkie raporty dochodzą na czas.
Do tego jeszcze dochodzą np. błędy poprawki sezonowej, które w sytuacjach nazwijmy je w skrócie “nienormalnych” mogą też zawodzić.
Tytułem mojego komentarza. Jeśli raport jest poprawny (o czym poniżej), to oznacza on, że biznes nastawiał się na depresję, a wyszła “tylko” ciężka recesja i pozwalniał sporo ludzi “na zapas” i teraz tempo zwalniania netto bardzo spadło. To w pewnym sensie odbiega od dwóch poprzednich recesji, kiedy zwolnienia miały miejsce długo po końcu recesji. Jeśli tak, to już wkrótce liczba miejsc pracy zacznie rosnąć. Natomiast populacja ludzi, którzy stracili pracę jest w powojennych recesjach bez precedensu i to będzie przez dłuższy czas rodzić spore problemy społeczne i ekonomiczne. Warto pamiętać, że gospodarka potrzebuje kreacji ok 150 tys. miejsc prac, żeby równoważyć przyrost populacji w wieku produkcyjnym, a ponadto, że przyrost bezrobocia w USA był mocno złagodzony przez wychodzenie z rynku pracy, czego skutkiem są np. rekordowe liczby studentów na uczelniach.
Mimo zastrzeżeń do CES, w comiesięcznych porównaniach ten raport jest dużo pewniejszy niż CPS, którego (podobnie jak w raporcie listopadowym) spadek bezrobocia zostanie niemal na pewno wyrównany w raporcie lutowym i dwucyfrowe bezrobocie jeszcze będzie w USA normą w tym roku. Widać jednak wyraźnie wypłaszczanie krzywej CES i to szybciej niż się można było spodziewać, borąc pod uwage poprzednie 2 recesje (co jest pewnie skutkiem “spodziewaliśmy sie depresji, wyszła ciężka recesja”).
Natomiast warto poczekać przynajmniej miesiąc z poważniejszymi wnioskami, bo styczeń jest dziwnym miesiącem i mam spore wątpliwości odnośnie poprawki sezonowej. W styczniu znika bardzo dużo miejsc pracy z powodów sezonowych i wyrównanie sezonowe jest w tym miesiącu szczególnie silne i niepewność z tym związana jest szczególnie duża.
@ poszi
Dzieki za dodatkowe informacje.
Rzeczywiscie, wyrownanie sezonowe w styczniu jest bardzo duze i moglo zaburzyc obraz sytuacji na rynku pracy.
Jedna uwaga, chyba troche przesadziles z tymi 150 000 nowych miejsc pracy miesiecznie potrzebnymi do utrzymania bezrobocia na stalym poziomie. Te dane, do ktorych ja mam dostep, mowia raczej o 80 000.
“U6 spadło z 18,3% do 16,5%”…
To jest ciekawe i zabawne, gospodarka nie generuje miejsc pracy, a szeroka stopa bezrobocia spadła o ok. 10%, chyba, że te 0,1 godziny tygodniowo dokonało cudu rozmnożenia…
Jaki jest sens podawać takie statystyki, chyba tylko po to, żeby pokazać jak “niedoskonałe” są modele metodyczne?
@ Gregy
Pisalem. Okolo 840 000 ludzi przeszlo na caly etat z niepelnego zatrudnienia. Ci ludzie, byli ujmowani jako underemployed w U6 i po przejsciu na caly etat ‘znikneli’ z U6. Do tego Hausehold Survey pokazal kreacje 540 000 miejsc pracy.
@ Trystero
Prawie 1 mln ludzi przeszło w ciągu miesiąca z 1/2 lub 3/4 etatu na cały etat, czy wypadło poza U6 gdzieś indziej? A te miejsca pracy (540 000) to zostały stworzone w wyniku tego przejścia, czy dodatkowo?
Pytam, bo nie analizowałem tych danych szczegółowo. I nadal sądzę, że takie statystyki i ich sposób podawania wprowadzają spory “dysonans poznawczy”, ale może o to chodzi…
@trystero,
Pisałem to z pamięci i faktycznie jest to troche mniej, ale raczej więcej niż 80 tys. Calculated Risk podaje ok. 125 tys.
http://www.calculatedriskblog.com/2010/02/employment-report-preview.html
Szacunek zależy od tego, jaki przyjąć poziom aktywności zawodowej za normalny. Jeżeli 65%, to przyrost ludności o 175 tys miesięcznie w zeszłym roku, daje 114 tys przyrost potencjalnie aktywnej zawodowo ludnosci. Prawdziwa liczba z jednej strony będzie mniejsza, bowiem wydłuża się średni wiek populacji (a tam aktywność jest naturalnie mniejsza), ale z drugiej strony mamy niemałe “potencjalne bezrobocie” w postaci osób, które (najpewniej chwilowo) wyszły z rynku pracy (aktywność zawodowa ludności spadła o 1 punkt procentowy w ciagu roku) i które na niego wkrótce wrócą.
W wielu miejscach spotkałam się z opinią, że rekordowo wysoka wydajność pracy
http://www.bls.gov/news.release/pdf/prod2.pdf
musi zaskutkować w niedalekiej przyszłości istotnym wzrostem zatrudnienia:
http://news.medill.northwestern.edu/chicago/news.aspx?id=155591&print=1
Poprawa na rynku pracy jest już prawdopodobnie tuż za rogiem.
@dorota,
Ten argument jest wyjątkowo mechaniczny. Jakby w firmach nastepowało jakieś naprężenie, które jak spreżyna musi spowodowac odbicie. Tymczasem firmy zaczną zatrudniać tylko wtedy, gdy będzie perspektywa na ożywienie, najpierw zreszta podnosząc przepracowane godziny bez podnoszenia zatrudnienia (nadgodziny i likwidacje przestojów). Jeśli produkują tyle, przy mniejszych zasobach ludzkich, to widocznie te ekstra zasoby nie były potrzebne (pomijając to, że dane dotyczące produkcji mogą być zawyżone i zostać zrewidowane w dół, a z nimi produktywność). Zgadzam się jednak z tym (o czym pisze wyżej), że w tym cyklu zwalniano śmiało i nie powinna się powtórzyć sytuacja z poprzedniej recesji, kiedy miejsca pracy znikały jeszcze długo po zakończeniu oficjalnej recesji.
W pewnym sensie takie “naprężenie” rzeczywiście występuje. Firmy starają się tak długo jak tylko można nie zatrudniać nowych pracowników wykorzystując posiadane zasoby – to właśnie widać po silnie rosnącej (bezprecedensowo) trzeci kwartał z rzędu wydajności pracy. Czy taki wzrost wydajności mógł być skutkiem tylko likwidacji przerostów zatrudnienia? No, wątpię.
Przy niewielkim nawet wzroście popytu będą zmuszone zatrudniać. Pytanie nawet nie “kiedy” tylko “jak szybko”.
@dorota,
A czym może być rosnąca wydajność, jak nie likwidacją przerostów, jesli nie towarzyszyły temu inwestycje kapitałowe (poza ostatnim kwartałem, gdzie część inwetycji odbiła się od dna)? Jedyne inne wyjasnienie to takie, że PKB to fikcja. Patrz tez najnowszy wpis Trystero.
A “naprężenia” długo nie będzie, bo firmy nie tylko zwalniały pracowników, ale zmniejszały godziny pozostałym (myślisz, że skąd ta niemal rekordowa liczba pracowników przymusowo w niepełnym wymiarze pracy) i średnia długość tygodnia pracy jest o prawie godzinę niższa niż przed kryzysem.
Amerykańskie przedsiębiorstwa to nie są pegeery, żeby aż taki wzrost wydajności pracy mógł być osiągnięty przez likwidację przerostów zatrudnienia (musiałyby być ogromne). Pierwszy cytowany przeze mnie link daje pogląd, skąd się wziął.
Co do zmniejszania ilości godzin pracy – zauważ, że już “part time” zostają zatrudniani na pełny etat. Pierwszy sygnał, że nastepnym krokiem będzie przyjmowanie nowych pracowników.
@dorota,
A możesz się ze mna i z innymi podzielić, jaki to mechanizm ma sprawić, że firmy “nadrobią te zaległości”? Oczywiscie się zgadzam, że przy wzroście produkcji, nastapi poprawa na rynku pracy, najpierw przez likwidacje przestojów, a potem przez zatrudnianie nowych. Ale nie ma czegos takiego, jak nadrabianie zaległości. Jeśli te dane dotyczace produktywności są poprawne, to skoro firmy odkryły, że można to samo zrobić przy pomocy mniejszej liczby osób, to nie stwierdza nagle, że wrócimy do poprzedniego stanu, bo one nie lubia byc tak produktywne.
Spadek niepełnozatrudnionych to jest jednomiesięczny odczyt z bardzo niepewnego pod względem krótkoterminowych trendów CPS. Złaszcza, że w CES tego nie było widać. Jeszcze są duże rezerwy w podnoszeniu liczby godzin. Sytuacja na rynku pracy ma szanse poprawiać sie niesłychanie powoli. Jestem prawie pewien, że średnie bezrobocie w 2010 roku będzie wciąż dwucyfrowe, mimo tego styczniowego fajerwerku.
Poszi, ja nie użyłam nigdzie sformułowania “nadrabianie zaległości”. Jednak podtrzymuję swoje zdanie – przełom na rynku pracy w Ameryce może być kwestią najbliższych miesięcy. Treba pamiętać, że bezrobocie jest lagging, spójrz, co się dzieje na LEI.
Czy są duże rezerwy w podnoszeniu liczby godzin? Zatrudnianie na pełny etat niepełnoetatowców świadczyłoby, że nie.
LEI + rekordowa wydajność pracy + przenoszenie na pełny etat. Te czynniki IMO dają nadzieję na poprawę w najbliższym czasie.
@dorota,
A czym jest jak nie podnoszeniem średniego czasu pracy, zatrudnianiem niepełnoetatowców na pełny etat? Średni czas własnie z tego powdu spadł, że przenoszono pełnoetatowców na niepełny. Robotników z GM wysyłali na przestojowe i teraz wracają do pracy. Ten proces się jednak dopiero zaczął, a Ty brzmisz, jakby to już był koniec.
Oczywiście, że zatrudnienie jest lagging, ale nie we wszystkim. Np. zagregowana liczba godzin (aggregate weekly hours) jest coincident. Podobnie “temp help”. Te rzeczy dopiero zaczęły sie odbijać.
Jeśli chodzi o bezrobocie, to ono będzie jeszcze długo podwyższone. Najpierw rośnie średnia długość pracy (jeszcze spore rezerwy w tym względzie) przy takim samym zatrudnieniu. Potem dopiero nastepuje wzrost miejsc pracy. I on musi być szybszy niż przyrost ludności i wychodzenie “zza krzaków” osób, które odeszły chwilowo z rynku pracy. To wszystko będzie trwało niesłychanie powoli i podwyższone bezrobocie będzie jeszcze przez lata. W tym roku dwucyfrowe, a w nastepnych jeszcze sporo powyżej normy (o ile nie będzie drugiej fali kryzysu). Jedyne, co odróżnia ten cykl od poprzedniego (na skutek agresywnych cięć w zatrudnieniu) jest to, że nie będzie likwidacji miejsc pracy w warunkach wzrostu. W czasie recesji 2001 jeszcze długo spadało zatrudnienie mimo formalnego ożywienia gospodarczego.
Oczywiście jeśli rząd wprowadzi jakieś programy “kopania i zasypywania dołów”, wtedy wszystko można na papierze załatwić.