Chciałbym jeszcze na chwilę powrócić do opracowania Ernst & Young i Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową na temat stanu szkolnictwa wyższego w Polsce. Czytelnicy komentujący poprzedni tekst zwrócili uwagę na problemy, napięcia bezpośrednio związane z kadrą naukową.
Dlatego chciałem dziś pokazać dwa wykresy pokazujące bardzo niepokojące zjawiska w polskim szkolnictwie wyższym. Pierwszy wykres przedstawia średnie wynagrodzenie pracowników naukowych Uniwersytetu Warszawskiego, od asystenta do profesora zwyczajnego i odnosi je do średniego wynagrodzenia w województwie mazowieckim:
O ile nie mam wątpliwości, że brak pieniędzy nie jest kluczowym problemem szkolnictwa wyższego w Polsce to uważam, że niskie wynagrodzenia pracowników naukowych w dużym stopniu odpowiadają za jakość wyższej edukacji. Myślę, że nic nie pokazuje problemu lepiej niż fakt, że adiunkt (a więc osoba co najmniej z tytułem doktora, z reguły kilka lat po obronie doktoratu) otrzymuje na drugim najlepszym polskim uniwersytecie 90% przeciętnego wynagrodzenia w województwie. Proszę mnie źle nie zrozumieć: problem nie polega na tym, że pracownicy nauki ‘przymierają głodem’ albo zarabiają niewiele. Większość z nich, to bardzo zdolni ludzie, którzy nie mają problemów ze znalezieniem dobrze płatnej pracy poza uczelnią! Rzecz w tym, że skoro znajdują pracę poza uczelnią to nie koncentrują się ani na badaniach naukowych (ale te mogą prowadzić w sektorze prywatnym) ani na działalności dydaktycznej.
Drugim niepokojącym zjawiskiem pokazanym w Diagnozie jest udział własnych doktorów wśród pracowników naukowych polskich uczelni. Poniższy wykres porównuje ten wskaźnik dla polskich uczelni (w gruncie rzeczy tylko UW i UJ) i uniwersytetów z innych państw notowanych w Rankingu Szanghajskim:
Na dwóch czołowych polskich uczelniach 90% pracowników naukowych stanowią doktorzy, wykształceni w tych właśnie placówkach edukacyjnych. Podobny wskaźnik dla państw ‘starej Unii’ nie przekracza 50%. Mobilność międzyinstytucjonalna kadry naukowej w Polsce praktycznie nie istnieje. Nie potrafię wyodrębnić przyczyn tego zjawiska poza dominującym modelem kariery naukowej ‘od studenta do profesora na jednej uczelni’ ale mogę wskazać konsekwencje tego stanu rzeczy:
-
obniżenie konkurencji wśród pracowników naukowych
-
trudności w tworzeniu wyspecjalizowanych ośrodków badawczych
Zapewne, relatywnie niskie zarobki na polskich uczelniach i brak mobilności kadry naukowej ponoszą dużą odpowiedzialność na niskie rezultaty polskich uczelni w międzynarodowych rankingach szkół wyższych:
‘Załamując ręce’ nad powyższą tabelą warto jednak pamiętać, że polskie uniwersytety nie odstają od konkurencji z Europy Środkowej (wyraźnie lepszy od UJ i UW jest tylko Uniwersytet Karola w Pradze).


a dlaczego UW jest drugi, gdzieś czytałem, że jest pierwszy a UJ dopiero drugi:)
@trystero,
Jedną z innych niż te wymieniona przez Ciebie przyczyn małej mobilności (i w związku z tym dużego udziału własnych doktorów) jest ogólnie niska mobilność w Polsce, nie tylko naukowa. Łatwiej wyjechać zagranicę niż do innego miasta w Polsce (co w pewnej bierze się z niskiej dostępności mieszkań w Polsce) i dlatego sporo swieżo upieczonych doktorów zostaje wyeksportowanych (najczęściej bezpowrotnie) przez uczelnie zagranicę, a nie na inne polskie uczelnie. Gdyby policzyć, ilu doktorów, którzy pracują na uczelniach (równiez zagranicznych), pracuje w tej, w której się obronili, wskaźnik wyszedłby dużo niższy.
@ Fazik
Zobacz na tabele z Rankingiem Szanghajskim.
@ poszi
Z jednej strony masz racje.
Z drugiej strony Warszawa (UW) i Kraków (UJ) ‘zasysa’ ludzi z prowincji, a sama Warszawa przyciaga ludzi z Krakowa. Im wieksza profesjonalizacja tym wieksza mobilnosc. Wiec te 90% jest mimo wszystko troche powyzej oczekiwan.
Na moim wydziale zauważyłem taką zasadę:
Pośród 10 najlepszych wykładowców/prowadzących (niestety tylko 1/3 jest naprawdę dobra, a to najlepszy wydział w kraju) większość spędziła kilka do kilkunastu lat na zachodzie. Mają inne podejście do studenta, inne metody pracy, i jakieś elementarne poczucie odpowiedzialności za wykonywaną przez siebie pracę. Są też bardziej “ugodowi”, ale nie spotkałem się jeszcze z nadużyciami.
Jak sobie pomyślę, że miałbym studiować na uczelni, gdzie takich ludzi nie ma, to chyba od razu wyjechałbym z kraju.
@ akuda
To interesujaca uwaga. Zastanawiam sie jednak o ile ta wiekszosc jest dobra bo spedzila jakis czas na Zachodzie a o ile jest dobra bo jest ambitna i profesjonalna i z tych powodow zdolala wyjechac na jakis czas na Zachod…
@ Trystero
W zależności od rankingów UW i UJ zamieniają się miejscami.
Ale to tylko taki żarcik prowokacyjny, bo z tego co pamiętam Ty jesteś z UJ.
@ Fazik
Domyslilem sie ale nie dalem sie sprowokowac :)
PS Male wyjasnienie: daleki jestem od udzialu w rywalizacji pomiedzy UJ a UW. Z rankingow wynika, ze poziom jest zblizony, z lekkim wskazaniem na UW.
@trystero,
Oczywiście, że ośrodki akademickie przyciagaja ludzi z prowincji na studia lub tuż po studiach. Ale potem albo ci ludzie jadą zagranice, albo zostają. W Polsce mobilność wewnątrzkrajowa jest całkiem spora wśród młodych ludzi (którzy jeszcze m.in. nie założyli rodzin), potem gwałtownie się zmniejsza.
Pozwolę sobie dorzucić parę uwag. Jako człowiek nie znający realiów pracy naukowej na politechnikach i wydziałach nauk przyrodniczych, będę się opierał na dowodach anegdotycznych z uczelni ekonomicznych.
Przede wszystkim, zwróciłbym jeszcze uwagę na wynagrodzenie asystenta, które jest jeszcze mniej konkurencyjne od wynagrodzenia adiunkta. Powiedzmy sobie to otwarcie, doktorant otrzymujący stypendium w wysokości 1300 zł miesięcznie nie jest w stanie się utrzymać w Warszawie. Poza osobami utrzymywanymi przez zamożnych rodziców, praktycznie wszyscy znani mi doktoranci pracują na pełen etat w sektorze prywatnym lub w administracji publicznej. Jeśli dodać do tego obciążenia dydaktyczne i papierkologię stosowaną, którą doktoranci, jako najmłodsi stażem, muszą w różnych katedrach odbębniać, okazuje się, że przeciętny doktorant nie ma czasu na zajmowanie się pracą naukową serio. Chyba, że pracuje w miejscu, w którym można realizować swoje naukowe zainteresowania (np. NBP), ale to rzadkie przypadki.
Pozostaje oczywiście pytanie, kto idzie na studia doktoranckie i czy uczelnie są w stanie przyciągnąć potencjalnie najlepszą kadrę. Moje obserwacje wskazują, że strasznie dużo rzeczy dzieje się “pomimo”. Pomimo kiepskich zarobków, pomimo absurdalnych biurokratycznych przeszkód (kolega kiedyś popełnił tekst na temat tego, co trzeba zrobić, żeby na uczelni X uzyska dofinansowanie wyjazdu na zagraniczną konferencję – iście kafkowskie klimaty), pomimo słabych warunków, pomimo słabości kadry.
Tymczasem, na Zachodzie uczestnik programu doktorskiego często dostaje pełne finansowanie pobytu, a przy okazji ma jeszcze zapieprz na studiach, kontakt z profesorami i research frontier na żywo. Co prowadzi mnie do kolejnej kwestii, jaką jest poziom studiów doktoranckich. Na mojej alma mater, która lubi się różnymi rzeczami szczycić i której nazwę przemilczę, studia doktoranckie są z grubsza na poziomie studiów licencjackich. W jaki sposób mogą one służyć czemuś więcej niż tylko replikowaniu status quo, Cthulhu jeden raczy wiedzieć.
@ asmoeth
Z tymi konferencjami to wszedzie tak jest. Ja sobie dalem spokoj ale mam kolegow, ktorzy sobie z tym radza, moze dlatego, ze maja doswiadczenie. Mnie przerazila sama instrukcja ale ja mam alergie na papierkowa prace co nawet panowie z iFin24 potwierdzic moga :)
Co do stypendium doktoranckiego to trzeba dodac, ze na najbogatszych wydzialach stypendium naukowe ma 30% doktorantow. Ja nie wyobrazam sobie skonczyc tych studiow bez wlasnego zrodla utrzymania.
Nie chce jednak wydawac ostrych sadow bo prawda jest taka, ze nigdy nie sprobowalem zyc z samych badan naukowych. Byc moze to jest mozliwe przy wiekszej dostepnosci grantow i programow stypendialnych. Mysle jednak, ze lepiej polaczyc prace w prywatnym biznesie z doktoratem.
@ asmoeth
Nie wiem czy dosłownie porównujesz studia doktoranckie (z naciskiem na “studia”) ze studiami licencjackimi – jeżeli tak to zgoda – czasem wręcz można powiedzieć, że są łatwiejsze doktoranckie, ponieważ na części uczelni nie ma właściwie egzaminów. Natomiast czymś zupełnie innym jest praca doktorska i tutaj moim zdaniem ani do pracy licencjackiej ani magisterskiej już porównać jej nie można. Oczywiście są skrajności, w przypadku których praca doktorska jest na bardzo niskim poziomie, ale chyba nawet w tych przypadkach porównywanie ich z pracą licencjacką jest jednak przesadą. Osobiście nie spotkałem się z pracą doktorską, która była na poziomie przeciętnego licencjata – no chyba, że porównywać zaczniemy wybitne prace licencjackie/magisterskie z bardzo słabymi pracami doktorskimi. A co do tych ostatnich to chyba jest problem promotorów – ci poważni sobie na to nie pozwolą, aby praca była poniżej określonego poziomu. Ale to znowu powrót do tematu ilu jest poważnych a ilu nie.
@ Fazik:
Całkowicie się zgadzam, porównywałem oczywiście same studia (poziom zajęć, zakres materiału, przedmioty, etc.).
@ Trystero:
Utrzymanie się ze stypendiów, grantów i badań naukowych w ogóle jest możliwe, ale jest to przywilej dany naprawdę nielicznym. Świadczy to zresztą o tym, że – paradoksalnie – doktorantów jest chyba zbyt wielu, przynajmniej lokalnie.
@asmoeth:
“Utrzymanie się ze stypendiów, grantów i badań naukowych w ogóle jest możliwe, ale jest to przywilej dany naprawdę nielicznym”
Albo konieczność dla tych (prawie) wszystkich zajmujących się naukami eksperymentalnymi.
W przypadku nauk humanistycznych i ekonomicznych doktorat to (zwykle) tylko dodatek do normalnej pracy (a nawet słyszałem o doktoratach z zarządzania zrobionych z normalnej pracy). Jednak gdy pracuje się eksperymentalnie i trzeba być cały dzień na uczelni, tak się nie da. Trzeba liczyć na stypendia granty i liczyć, że uda się przeżyć.
@trystero, asmoeth: Możecie coś napisać nt dofinansowania konferencji. U mnie to wygląda w miarę prosto, inicjatywa wychodzi od promotora a ja muszę się zająć zwykle tylko sprawami naukowymi. Czasem też trzeba zarezerwować samolot czy hotel ale to nie jest wielki problem. Nie wiem czy to kwestia promotora, działu finansowego czy specyfiki uczelni.
1.Niech ktoś poda jak to jest z tym wynagradzaniem pracowników naukowych w innych krajach. O ile mi wiadomo to nigdzie nie jest to fach dobrze płatny.
2.Wymagania pracodawcy względem pracowników uczelni są niskie, zwłaszcza w porównaniu do krwiożerczego kapitalizmu poza murami uczelni.
3.Znakomita wiekszośc pracowników olewa swoją pracę i studentów, zatrudnienie na uczelni traktując jako wygodny socjal, dobry punkt kontaktowy do robienia biznesów na boku, często przy wykorzystaniu uczelnianego sprzętu i pomieszczeń.
4.Podniesienie wynagrodzeń NA PEWNO nie zmieniłoby praktyki z pkt.3. Tylko prywatny, pilnujący swojego interesu właściciel jest w stanie przypilnowac pracowników. Wtedy powstałyby też warunki żeby ci którzy dobrze pracują zarabiali więcej.
@ogif
ad. 1. Moge Ci podac przyklad Niemiec. Doktoranci dostaja zazwyczaj ok. 1.5k eur, postdoc jak sie dobrze zakreci z grantami to bez problemu wyrobi 3k eur, dla profesorow srednia to ok. 6k eur. Pensje podstawowe regulowane sa odgornie za pomoca skali dla urzednikow panstwowych (wygooglaj sobie ‘BAT II salary’). W Polsce jak bylem na studiach doktoranckich to dostawalem ok. 1100 pln, po doktoracie jak sie czlowiek zakreci wokol grantow, to bez problemu da sie osiagnac ok. 3-4k. Dla mnie jednym (ale nie najwazniejszym) z argumentow aby po doktoracie nie zostawac na uczelni bylo to ze odchodzac do “biznesu” dostalem kilkanascie razy wiecej niz wynosilo moje stypendium doktornackie…
Brak mobilności jest powiązany z niskimi dochodami. Żeby przenieść się z całą rodziną do innego miasta, musiałbym zarabiać dużo więcej niż teraz – bo żona na pewno nie dostanie w nowym miejscu takiej płacy jak ma obecnie. Albo musiałbym rzucić rodzinę.
@ogif,
Szacunkowa skala płac akademickich w USA. Rocznie brutto.
doktorant: $20-25K
postdoc: $40-45K
non-tenured professor: $60-80K
tenured professor: $100-150K
Doktoranci i postdocy nie maja na ogół benefits (czyli ubezpieczenia zdrowotnego i planu emerytalnego, ale zdarzają się uczelnie, które to dają; na ogół jednak maja możliwość wykupienia w miarę niedrogiego ubezpieczenia zdrowotnego stosunkowo niedrogo). Pensje doktorantów są poniżej przeciętnej, ale postdoc już nieco powyżej, a profesor zdecydowanie powyżej. Płace nieakademickie są jednak wyższe.
Rozumiem że amerykńscy, niemieccy lub szwajcarscy zarabiają lepiej. Interesuje mnie wyłącznie relacja do tamtejszej średniej. A ta w wielu krajach z USA na czele nie jest powalająca.
Prawie zawsze w biznesie są lepsze płace i z pewnością zawsze tak pozostanie.
Przepraszam, że nie na temat ale nie mogłem się powstrzymac. Na portalu rp.pl pojawiła się wzmianka o quick-blog-analysis by Peter Shiff (http://www.rp.pl/artykul/424647_Schiff__Polska_daje_przyklad_swiatu.html). To co mówi nie jest całkowicie pozbawione sensu jednak trudno nie odnieśc wrażenia, że Shiff wypowiada się o Polsce na podstawie pojedyńczej wypowiedzi Jacka Rostowskiego w FT. Zaczynam się przychylac do opinii, że jest nie tyle słabym, co wyjątkowo słabym analitykiem.
Pozdrawiam
@ogif,
Średnia tygodniowa płaca pracowników najemnych na stanowiskach niekierowniczych (to chyba jest najbardziej zbliżona kategoria do polskiej “średniej płacy”) w USA to ok 620$.
http://www.bls.gov/news.release/empsit.t16.htm
To daje 32400$ rocznie. Średnia wszystkich pracowników jest wyższa, ale to jest trudno porównywalne z Polską, bo tam jest bardzo duża nierówność dochodów. Odejmij 20% z polskiej “średniej płacy” i otrzymasz porównywalny wskaźnik.
@ Wiktor Kornhauer
Musisz go przeczytac w oryginale. Zachwyca sie Reforma Balcerowicza :)
http://www.24hgold.com/english/printarticle.aspx?pagedest=530731&langue=en&viewarticle=True
@ poszi, ogif
Analizowanie plac to tylko jedna strona medalu. Druga strona to same zespoly naukowe. Z wlasnego doswiadczenia (pewnie zdarzaja sie wyjatki, zalezy tez pewnie od dziedziny) moge powiedziec ze na najlepszych polskich uczelniach najlepsi naukowcy sa na srednim badz wyzszym srednim swiatowym poziomie. Ludzi naprawde topowych na skale swiatowa praktycznie nie ma. Natomiast jest tez sporo takich ktorzy nie reprezentuja zadnego poziomu. Kiedy zastanawialem sie co robic dalej po doktoracie to przy wersji “praca naukowa” nawet przez mysl mi nie przeszlo aby sie zatrudnic w Polsce. Skoro na Zachodzie moge dostac sporo wiecej kasy i pracowac w lepszym zespole to nad czym sie tu zastanawiac?
@ktos,
Oczywiście. Wydaje mi się, że na polskich uczelniach osoby najlepsze zarabiają nieco za mało, ale spora część za dużo, bo nie robi nic lub prawie nic.
To że polska nauka za dobrze nie stoi widać po rankingach i po nagrodach Nobla. Najlepsze polskie uniwerytety są na poziomie średniej klasy stanowych amerykańskich. Do najlepszych to są lata świetlne. To się konserwuje, bo najlepsi absolwenci wyjeżdżają zagranicę (to akurat dobrze), ale tylko nieliczni wracają.
Co prawda trystero o tym nie w tym wpisie nie mówi, ale o ile szkolnictwo wyższe jest w miarę przyzwoicie finansowane na tle innych krajów, o tyle nauka jest finansowana dużo gorzej.
Przeczytałem. Facet popłynął. Jest wiele rzeczy, do których można się przyczepic. Najciekawsze jest jednak to, że Forum w Krynicy zaczyna robic za patiomkinowską wiochę.
“Anecdotally, I can attest that these people are hungry for free markets. My visit to Krynica was a breath of fresh air, and a startling reminder of how far America has strayed.”
Niby wszystko się trzyma kupy. Tylko dlaczego Polacy wolą życ w USA? Dlaczego występ Shiff’a przypomina mi występy francuskich intelektualistów z lat 50-ych po powrocie z ZSRR?
Ale Shiff…
Pozdrawiam
@Trystero
Czcigodny nie wziął pod uwagę jeszcze jednego zjawiska powiązanego ze słabą mobilnością kadry naukowej.
Jest to konserwacja panujących dość powszechnie na wydziałach i w instytutach “układów pozamerytorycznych” czyli – mówiąc po polsku “dworów” “świt” ” koterii” , czy jak tam to kto chce nazywać .
Napisze rzecz zapewne obrazoburcza – uwazam, ze w obecnym systemie jest ZA DUZO pieniedzy na badania naukowe w stosunku do kompetencji polskich “naukowcow”.
Za to na polskich uczelniach zdecydowanie NIEDOINWESTOWANA i niedoceniana jest dydaktyka – zwlaszcza na uczelniach technicznych. Brakuje nowoczesnych laboratoriow, bazy, nowoczesnych programow studiow. Jak mozna miec nauke na swiatowym poziomie przy zacofanym i prowincjonalnym systemie szkolnictwa wyzszego?
Przykro jest to napisac, ale obecne statystyczne pokolenie mlodych doktorantow i doktorow jest kompletnie nieprzygotowane do podjecia wyzwan XXI wieku i nie jest to bynajmniej wynik braku predyspozycji intelektualnych tylko generalnie “oferty” polskich uczelni, o ktorych nie na darmo Economist napisal, ze przekuwaja diamenty na wegiel.
Przyczyna braku mobilnosci nie sa niskie pensje i problemy mieszkaniowe tylko polityka chowu wsobnego i niestety rowniez kompetencje osob “potencjalnie mobilnych”. Ci, ktorzy cos umieja, trafili na swiatlych promotorow, powinni natychmiast wyjechac z kraju i nie wracac dopoki nie zmieni sie system organizacji i zarzadzania polskich uczelni, co miejmy nadziej ze nastapi jednak w najblizszych latach.
Wtedy ich wiedza i doswiadczenie beda bezcenne gdy wroca. Pozostajac w kraju ma sie tylko poczucie przynaleznosci do kolejnego straconego pokolenia, ktore szybko dolacza do grupy zainteresowanej zachowaniem status quo bojac sie, ze przy prawdziwej konkurencji na rynku pracy zostanie WYOUTOWANE przez “mlode wilki”.
Wszystkich zainteresowanych zapoznaniem sie z raportami miedzynarodowymi i danymi statystycznymi zapraszam do Centrum Informacji FIAP (Forum Integracyjnego Academicus Poloniae) fiappl.info