Kilka razy zwróciłem uwagę na blogu, że decyzje edukacyjne są zwykłymi decyzjami ekonomicznymi i powinny być rozpatrywane w kategorii rachunku ekonomicznego, a więc kosztów i zysków. Co prawda z badań wynika, że osoby z wyższym wykształceniem zarabiają więcej niż osoby gorzej wykształcone ale badania nie udowadniają w 100%, że różnica w zarobkach wynika z wykształcenia (a nie z czynników, które spowodowały różnicę w wykształceniu). Statystyki pokazują także, że bezrobocie w dużo mniejszym stopniu dotyka wykształcone osoby (to znaczy jest mniejsze u ludzi z maturą niż u ludzi bez matury, jest mniejsze u ludzi z licencjatem niż u ludzi z maturą – i tak dalej aż do profesury) .
Dziś, chciałem pokazać stronę kosztową rachunku ekonomicznego związanego z wyborami edukacyjnymi w USA. Okazuje się, że w ostatnich trzech dekadach koszty edukacji rosły w USA dużo szybciej niż inflacja a trend ten był najwyraźniejszy w przypadku prywatnych uczelni. Skalę problemu pokazuje poniższy wykres (koszty są dostosowane o inflację):
Oczywiście, płace absolwentów nie wzrastały nawet w przybliżonym tempie, także relatywnie do płac osób bez wyższego wykształcenia. Mamy więc dwie możliwości: edukacja była trzydzieści lat temu oceniana znacznie poniżej swojej wartości albo obecnie mamy do czynienia z bąblem spekulacyjnym na tym rynku (oczywiście mogą istnieć wariacje poprzedniego stwierdzenia).
Moim zdaniem, za bąblem spekulacyjnym przemawia jeden silny argument: koszty edukacji pokrywane są przez studentów łatwo dostępnym i gwarantowanym przez agencje rządowe kredytem. Tak się składa, że łatwo dostępny i tani kredyt i przewartościowanie aktywów ‘występują parami’



A ja właśnie dostałem maila od władz uniwersytetu, że w tym roku nie będzie podwyżek z powodu cięć budżetowych. To gdzie te pieniądze idą? Za to ruchem jednostajnym do góry idą ceny usług medycznych, mój copayment wzrósł o 100% w roku 2009, teraz większa będzie składka od 2010. Usługi medyczne recesji nie przeżywają.
Czy w Stanach widać różnicę w wykształceniu absolwentów państwowych a prywatnych uczelni?Czy ten fakt determinuje także póżniejsze zarobki/kariery/status społeczny?
Trystero, napisales: “Statystyki pokazują także, że bezrobocie w dużo mniejszym stopniu dotyka wykształcone osoby (to znaczy jest mniejsze u ludzi z maturą niż u ludzi bez matury, jest mniejsze u ludzi z licencjatem niż u ludzi z maturą – i tak dalej aż do profesury).”
Popelniles tu blad dosc typowy dla wielu ludzi z Europy Wschodniej. Profesura nie jest w USA stopniem naukowym tylko zawodem, konkretnie pozycja zazwyczaj w college czy na uniwersytecie. Najwyzszym stopniem wyksztalcenia jest Ph.D. (doktorat). Rowniez w USA nie ma matury w polskim rozumieniu, jest tylko “high school diploma” czyli dyplom ukonczenia liceum (mniej wiecej). Domyslam sie, ze to ostatnie to prawdopodobnie tylko skrot myslowy w twoim wpisie.
Trystero, twoja diagnoza koncowa jest w zasadzie poprawna. buzujaca ekonomia lat 90-tych i tanie kredyty umozliwily wielu mniej zamoznym studentom studiowanie na dobrych i bardzo dobrych (jak sie dostali – czolowe uniwerytety przyjmuja 5-7% starajacych sie) prywatnych uniwerytetach. Po dobrych szkolach nie bylo problemy z dobrze platnymi posadami a wiec i problemu ze splata dosc nisko oprocentowanych zreszta kredytow. Teraz wszystko sie zmienilo. Dobrze platnych prac coraz mniej, starajacych sie o prace wiecej (bo sa zwolnienia), a o kredyt tudniej. Najlepsze uniwesytety na pewno sobie poradza bo sa tego warte, ale poza pierwsza 20-ka, no moze 50-ka (USA to jednak duzy kraj) nabor moze spasc. Widac to juz teraz bo zdecydowanie wiecej ludzi aplikuje do szkol stanowych.
kunta-kinte, jesli chcesz krotka odpowiedz to musi byc ona TAK. Ale nie trzeba sie dac zwariowac i sa wyjatki. Zdecydowanie czolowka uniwersytetow amerykanskich to szkoly prywatne z bardzo nielicznymi wyjatkami takimi jak Berkeley czy UCLA. W profesjach gdzie prestiz jest wazny, jak np. prawnicy czy lekarze, najbardziej renomowane kliniki czy firmy adwokackie (ok. 15%) rekrutuja niemal wylacznie z gornych pieter szkol prywatnych. W technologii, choc MIT, Stanford czy CalTech to czolowe marki (jak by nie mierzyc) jest wiele przykladow zroznicowania dyplomow. Uniwersytetow publicznych mogacych konkurowac z najlepszymi prywatnymi jest jednak bardzo niewiele. Poza tym maja one ograniczone srodki finansowe w porownaniu z czolowka prywatnych majacych wielomiliardowe fundacje, ktore moga przeznaczyc na badania, infrastrukture czy pomoc dla mniej zamoznych studentow. W czolowych prywatnych uniwesytetach mniej zamozni studenci placa za studia bardzo malo a czesto wcale. Na koniec taka anegdota w kwestii prestizu. Na dziewieciu sedziow Sadu Najwyzszego USA osmiu ukonczylo studia w uczelniach tzw. Ivy League, czyli w elitarnej grupie osmiu (zbieznosc przypadkowa) uniwersytetow we wschodnich stanach, z ktorych wszystkie od lat notowane sa w pierwszej 15-ce uniwersytetow amerykanskich (wg. US News & World Report).
P.S. W Stanach jedynymi uczelniami “panstwowymi” sa szkoly wojskowe, jak np. slynna West Point. Pozostale to albo prywatne albo publiczne (z reguly stanowe). Publiczne a panstwowe to w USA dwie calkiem rozne rzeczy.
@ kujawianin
Moze stracili na swapach stop procentowych i musza zaciskac pasa? Jak Harvard :)
A czy to nie efektywnosć rynków daje o sobie znać? Na rynku efektywnym $ 200 tys. zainwestowane przez przeciętnego studenta w edukację powinny pozwolić dodatkowe $ 200 tys. w formie wynagrodzeń przez całe życie zawodowe (z uwzględnieniem kosztów pieniądza w czasie). Z faktów przedstawionych przez Trystero wynika, że NPV inwestycji w studia w celu pobierania ponaprzeciętnych wynagrodzeń maleje od kilku dekad. Ale nadal jest dodatnie. NPV maleje: (i) w ślad za redukowanymi barierami wejścia w inwestycję – łatwiejsze zdobycie środków na czesne zdecydowanie zwiększa liczebność ludzi z większym wykształceniem, którzy później rywalizują na rynku pracy i obniżają wynagrodzenia (ii) podwyższaniem kosztów edukacji – dostawcy / uniwersytety widzą, że ich odbiorcy osiągają ponadprzeciętne zyski więc również windują swoje ceny. W długim terminie nie może być tak, że w zasadzie każdy może pójść na studia, każdy dostanie na to kredyt i każdy w ciągu życia zawodowego zarobi 10 x więcej niż gdyby nie studiował. W ten sposób nie byłoby osób bez wyższego wykształcenia.
@ equinox
Matura to skrot myslowy.
Co do profesury: profesura nadawana jest przez uniwersytet i jest praktycznie dozywotnia. Tak wiec stwierdzenie, ze profesura w USA to tylko zawod jest troche mylace.
equinox
D
Drogi Trystero, dozywotnia pozycja na uczelni, czyli tzw. tenure jest jednak tylko dozywotnia praca a nie tytulem naukowym. Tak samo jak sedzia Supreme Court ma prace do konca zycia (lub jak sam zrezygnuje ze wzgledu na wiek) ale nikt w USA nie nazywa tego stopniem naukowym (czy wyksztalcenia w dziedzinie prawa) tylko pozycja zawodowa. Z tym “academic tenure” to w Polsce jest zreszta duzo nieporozumienia. Jest to pozycja nie-kontraktowa tzn. zadna rada wydzialu nie musi sie zbierac zeby przedluzyc np. kontrakt co kilka lat. Wiec w dobrych czasach to ciepla posadka. “Tenured” profesor moze byc jednak zwolniony z pracy jak uczelnia nie ma pieniedzy, bo prywatne uczelnie to zaklady pracy funkcjonujace w systemie kapitalistycznym. Teraz wlasnie takie zwolnienia na uczelniach zdarzaja sie coraz czesciej (lub np. redukcje czasu zatrudnienia do pol etatu).
albrecht, dobrze to ujales z ekonomicznego punktu widzenia. Chociaz wiekszosc ludzi nie posluguje sie NPV to na swoj “chlopski” rozum tak wlasnie mysla. Poruszyles tez istotny problem masowego upowszechniania wyzszego wyksztalcenia we wszystkich krajach rozwinietych. To bardzo ciekawy temat wart osobnej dyskusji (Trystero?). System w zasadzie sam sie reguluje: absolwenci marnych uczelni, poza nielicznymi wyjatkami, albo nie moga znalezc pracy albo po prostu rynek placi im peanuts.
@equinox
No niestety ale co do profesury to sie mylisz. To jest nadal tytul naukowy, pomimo ze, tak jak sam piszesz, zachodnie uniwersytety dzialaja po prostu jako duze firmy.
@Trystero
Bardzo ciekawy artykul.