W powszechnym przekonaniu inwestycja w edukację zawsze się opłaca. Zarówno w państwach, w których edukacja uniwersytecka jest bezpłatna jak i w państwach z płatnym systemem wyższej edukacji utrzymuje się według badań statystycznych wyraźna przewaga absolwentów wyższych uczelni nad osobami nie posiadającymi wyższego wykształcenia w dziedzinie wysokości średnich zarobków.
Na przykład The Economist opublikował dwa dni temu poniższy wykres pokazujący o ile więcej absolwenci wyższych uczelni zarobią w trakcie całego życia zawodowego od ludzi bez dyplomu, w poszczególnych państwach OECD:
Z wykresu wynika, że absolwenci wyższych uczelni w USA zarobią o $370 000 więcej w trakcie swojego życia zawodowego od osób nie posiadających wyższego wykształcenia (to dane dla mężczyzn, kobiety zarobią $229 000 więcej). Problem polega na tym, że takie wykresy opatrzone są komentarzami sugerującymi, że owe $370 000 to ‘fundamentalna wartość wyższej edukacji’. Oczywiście, nie ma żadnego powodu by tak sądzić.
By zmierzyć wartość wyższej edukacji należy porównać zarobki absolwentów wyższych uczelni od ludzi, którzy mogli zostać absolwentami lecz wybrali inną ścieżkę kariery. To gigantyczna różnica ponieważ porównując zarobki absolwentów i nie-absolwentów porównuje się zarobki nietożsamych grup ludzi. Można także porównać zarobki absolwentów z zarobkami ludzi, którzy z własnej inicjatywy zrezygnowali ze studiów. To dałoby realną wartość wyższego wykształcenia.
Warto też podkreślić, że w zależności od badań różna jest ‘wycena’ wartości wyższego wykształcenia. Drew Gilpin Faust, prezydent Harvardu, powołuje się na dane sugerujące, że mediana zarobków Amerykanów z dyplomem B.A.(licencjat) jest o 74% wyższa niż mediana absolwentów high school (podaje angielski termin ponieważ chyba nie ma konsensusu co do tłumaczenia tego terminu na język polski). Inne badania wyceniają zyski z wyższej edukacji w trakcie całego życia zawodowego (w postaci wyższych zarobków) na około $120 000.
Moim zdaniem, istotna część efektu ‘wyższego wykształcenia’ to coś w rodzaju efektu placebo. Wyższe wykształcenie daje pozycję społeczną, pewność siebie, kontakty społeczne, stymuluje intelektualnie – w tym tkwi siła wyższej edukacji na rynku pracy, a nie w wiedzy, przekazywanej w trakcie studiów.
Na problem kosztów wyższego wykształcenia w USA zwraca uwagę Rolfe Winkler, który porównuje wyższą edukację do rynku nieruchomości. Twierdzi, że nieustanny wzrost kosztów czesnego jest możliwy ponieważ państwo zapewnia kredyty studenckie pozwalające Amerykanom na opłacanie studiów. W 2009 roku, rząd USA pożyczy studentom 75 miliardów dolarów, o 21% więcej niż rok wcześniej. To dostępność łatwych kredytów sprawiła, że ostatnich kilku dekadach koszty czesnego rosły w USA dużo szybciej niż inflacja. Proszę zwrócić uwagę na ten otwierający oczy wykres:
Od 1958 do 2001 roku koszty czesnego rosły o średnio 8% rocznie co oznacza, że podwajały się co 9 lat. To wskutek wzrostu kosztów czesnego, młodzi Amerykanie kończący studia mają dług powstały w związku z opłatami za studia w wysokości 50% mediany swoich rocznych zarobków. Jeszcze w 1999 roku było to 35%.
Powstaje więc bardzo stosowne pytanie: czy na rynku edukacyjnym w USA (ale także w innych państwach) wytworzyła się bańka spekulacyjna?




Prosiłbym wszystkich, którzy byliby zainteresowani tym tematem, a zapoznanie się z poniższą petycją:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=4385
Dotyczy ona protestu firm biorących udział w przetargu na budowę autostrady A2, na odcinku Stryków-Konotopa. Przesłaniem petycji jest prośba do protestujących firm o wycofanie tych protestów, które, jak wiele innych w przypadku zamówień publicznych, nie mają prawdopodobnie przesłanek merytorycznych.
Niestety przy większości dużych przetargów firmy przegrywające z automatu zgłaszają protesty i bez względu na ich merytoryczną podstawę i orzeczenia KIO ciągną je aż do sądu.
Przedłuża to znacznie całą procedurę i często kończy się rozpisywaniem nowych przetargów.
Niestety polskie prawo nie przewiduje kar za bezpodstawne protesty, więc firmy niczym nie ryzykując oprotestowują wprawie wszystkie inwestycje.
Pomysł powstał na Forum Polskich Wieżowców:
http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=955626
Założeniem jest pokazanie firmom, że mogą wizerunkowo wiele stracic na stosowaniu automatycznych protestów i nawet jeśli akcja nie odniesie rezultatu w postaci odwołania protestów ( co jest bardzo prawdopodobne, zważywszy na pieniądze jakie wchodzą w grę ) uważamy, że warto pokazac, że jest wiele osób, którym nie jest obojętny los tak wielkich inwestycji i mają swoje zdanie na temat stron biorących w nich udział.
Podaję też link do tematu o samej inwestycji, jeśli ktoś chciałby bardziej merytorycznie poczytac na ten temat i osobiście wyrobic sobie zdanie o zasadności protestów lub samej inwestycji ( z góry ostrzegam, postów jest ok 400 000, więc to lektura dla wytrwałych):
http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=112037
Prz okazji odniosę się do meritum wpisu.
Weź pod uwagę przede wszystkim kierunki, bez ukończenia których nie masz prawnych możliwości uprawiania danego zawodu. Nie możesz wg mnie porównywac zarobków osób, które “mogły” studiowac a tego nie robiły, do tych którzy skończyli studia, w przypadku studiów technicznych, medycznych itd. Tego typu porówania mogą się sprawdzic w przypadku, gdy studia tak naprawdę podnoszą twoje kwalifikacje, ale nie są niezbędne do wykonywania pracy – ekonomista, księgowy, dziennikarz.
[...] max_koluszky przed chwilą Ile warte są studia (w gotówce)? – trystero.pl/archives/4194 [...]
Nalezy też uwzględnić, że studia kosztują – bardzo dużo czasu – oraz w USA minimum kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Jeśli by je nawet BARDZO MARNIE
ciąg dalszy…. (wciśnął sie Enter) – Bardzo marnie zainwestować, przez te 30 lat pracy zawodowej – to jak by nie liczyć uzyskamy więcej niż “bonus” wynikający z wykresu.
@trystero,
Masz rację, że bardzo trudno wycenić wartość wyższego wykształcenia. Na pewno dla indywidualnej osoby, która ma podjąć decyzję o edukacji, zyski są dużo mniejsze niż te wykresy sugerują, bo właśnie porównujemy różne grupy ludzi. Niemal cała góra piramidy zarobków osób niesamozatrudnionych to osoby z wyższym wykształceniem. Ale jednoczesnie mamy cały wielki ogon osób z wyższym wykształceniem, który zarabia mniej od wykwalifikowanego robotnika. Zapewne wielu osobom bardziej opłacałoby sie pójść właśnie w stronę fachu, a nie wyższego wykształcenia.
Wzrost czesnego w USA to wielki problem i faktycznie wygląda to w dużej mierze jako skutek łatwych kredytów.
Teza o przydatności wyższego wykształcenia w uzyskiwaniu wyższych zarobków, to typowy problem z gatunku co było pierwsze: jajko czy kura. Może trzeba odwrócić tezę. Na studia idą ludzie sprawniejsi intelektualnie, którzy i bez studiów też zarabialiby więcej (lub robili kariery). Może studia tylko im przeszkadzają w karierze, bo bez nich szybciej by wystartowali w realnym świecie, a nie tracili czasu na zdobywanie często przestarzałej wiedzy.
Oszacowanie na ile same studia rzeczywiście pomagają w karierze jest bardzo trudne do odseparowania od innych czynników.
Prowadzę małą firmę z branży IT, wczesniej byłem m.in. członkiem zarządu w niszowym wydawnictwie. Nigdy przy zatrudnianiu pracowników nie interesowało mnie ich wykształcenie. Sprawdzałem umiejętności, czasami też interesowałem się dotychczasową karierą zawodową potencjalnych pracowników. Z drugiej strony wszystkie osoby które zatrudniłem na “ambitnych” stanowiskach miały wyższe wykształcenie (pomijam “wiecznego studenta”).
Ostatnio z kilkoma znajomymi średnia wieku 32 lata) obliczaliśmy czy warto było studiować. Założyliśmy sobie, że zamiast liceum i studiów poszliśmy do technikum i zostali wyspecjalizowanym budowlańcem, z zarobkami wynoszącymi 70% średniej krajowej. Zaniżyliśmy, żeby się nie dołować, znani nam budowlańcy zarabiali powyżej średniej… Większość z nas obecnie zarabia nieco ponad średnią krajową, kilku zarabia wielokrotność. Wyszło nam, że większość z nas wyjdzie “na plus” w stosunku do “budowlańca” już po 60-tce, ci naprawde dobrze zarabiający – o ile nie zbankrutują ich firmy – już przed 40-tką. Pomijam już to, że pracując od 18 roku zycia pewnie mielibyśmy więcej odłożone na starość, przynajmniej w połowie spłacone mieszkanie itp.
Wyższe wykształcenie to wykreowana ‘moda’ a nie konieczność. Do niedawna do szkół uciekano też przed wojskiem. Obecnie często ludzie idą się uczyć dlatego, że inni to robią i ‘tak wypada’, nie chcą odstawać od ogółu. Jest też grupa takich, którzy studia uważają za ostatnią szansę by się wyszaleć – dla nich to kilka lat balangi przeważnie sponsorowanej przez rodziców.
Rządom pomino wydatków na ten cel było to na rękę, bo mogły się pochwalić rosnącymi wskaźnikami wykształcenia, oraz, przede wszystkim, malejącymi wskaźnikami bezrobocia.
Dla wielu rządów szkoły wyższe to wielka przechowalnia bezrobotnych.
@ Arturro
Też najczęściej mówię młodym ludziom (mam kontakt z młodymi ludźmi poprzez pewne stowarzyszenie), że może lepiej iść do pracy na budowie, a jak chcą robić studia to zaocznie. Szkoda czasu tracić na supernudnych wykładach, na których bez kawy nie wytrzymasz i zaśniesz. A jak ktoś chce dalej studiować, to polecam obejrzeć choćby jeden wykład na edusat (jest taka tv), gdzie przynudzają tak jak tylko można, a czasem nawet ciekawe tematy.
Przy okazji miałem przyjemność chodzic na wykłady obecnego prezia z prawa pracy. Pomimo iż Kaczyńskich nawet odrobinkę lubię (głównie za obniżkę podatków – dochodowego i spadkowego), to jednak to co on wyprawiał na wykładzie przechodziło ludzkie pojęcie. Mówca z niego był (i chyba jest) ciągle fatalny.
Wszystkie wpisy dotyczą problemu ilości. Nie poruszają tu kwestii jakości. W Polsce jest więcej szkół wyższych (w sensie innej nazwy i lokalizacji) niż w całej UE do kupy wziętej (pamiętam swego czasu artykuł na ten temat jakiś rok nazad). Mamy szkoły typu “Wyższa Szkoła Biznesu w Koziej Wólce” (bez urazy dla Koziej Wólki), gdzie w starym odrapanym budynku kilkunastu gości formalnie “studiuje”, w rzeczy samej całość sprowadza się do kupna dyplomu za kasę. Klient płaci klient wymaga. Mamy też takie kwiatki jak “Wyższa Szkoła Szydełkowania”, “Wyższa Szkoła Tańca Góralskiego” itp. Przecież to są po prostu kwadratowe jaja. W efekcie prestiż osoby “z dyplomem” podupada, bo teraz byle cham oderwany od pługa prądem trójfazowym może sobie taki papier nabyć i nim szpanować. Mnie jako absolwenta renomowanej uczelni technicznej w tym kraju to boli. Jedyna pociecha jest taka, że bardzo szybko życie weryfikuje takie przypadki. Pracodawcy to nie idioci. Sam znam wielu tępych inżynierów ale i bystrych chłopaków po szkołach zasadniczych z mózgownicami jak pecety, którym jednak życiowe koleje nie dały szansy na pójście na studia. Konkluzja – jakość “absolwentów” przeszła w ilość. I co teraz zrobimy z tysiącami magistrów od śpiewu i tańca? Większość nawet nie wie z której strony chwyta się łopatę. Mamy pasztet. Pomyślmy co z nim zrobimy.
Zwracam uwagę na powstałą jakiś czas temu inicjatywę brytyjskich (chyba) firm doradczych – zaczęły zatrudniać ludzi po maturze (ichniejszej). Robili nabór na “uniwersytet audytu”, czy coś w tym stylu. Chyba się opłacało.
Wyższe studia to wymysł zmierzający do zamknięcia niektórych zawodów. Pamiętajmy na przykład, że bez dyplomu nie da się zostać urzędnikiem państwowym. A wiadomo, że zarabiają tam lepiej, niż w sektorze prywatnym (choć niektórych to dziwi, to takie są statystyki). W praktyce ludziom bez dyplomu pozostaje działalność w biznesie. A nie każdy ma duszę przedsiębiorcy.
@ ŚiP & Arturro
Wezcie pod uwage ze wiekszosc ludzi ktorzy nie poszli na studia zupelnie nie potrafi zarzadzac swoimi finansami, wiec rozpatrywanie o ile wiecej sobie odloza na emeryture, albo ile beda mieli jak przez te kilka lat dluzej beda odkladali na lokate w banku jest bez sensu. Oni to i tak wydadza na piwo i panienki ;)
PS. nie zebym sugerowal ze ci co poszli na studia potrafia liczyc wlasna kase czy ja inwestowac bo tez wiekszosc nie potrafi..
Wydaje mi się, może te badania dają jaki taki obraz opłacalności studiów w USA, ale mają raczej średnie przełożenie na sytuację w Polsce.
Przede wszystkim u nas studia są ciagle bezpłatne, czyli jeżeli ktoś jest w miarę dobry to może zdobyć wykształcenie bez perspektywy spłacania za niego kredytu po studiach. Czyli wartość dodana jest wyższa.
Kilka moich spostrzezen co do systemu edukacji polskiej:
1. Standardowe studia powinny byc 3letnie. Poza specjalistycznymi studiami (np. lekarze) nie ma sensu mlodych ludzi, ktorzy sami nie wiedza jeszcze, co chca w przyszlosci robic i nie maja doswiadczenia zawodowego, pakowac w 5letnie studia magisterskie. Standardem na zachodziej jest bachelor czyli licencjat.
2. w Polsce niestety jest presja na posiadanie ‘papierka’. Nawet przedszkolanka powinna miec wyzsze wyksztalcenie. Po co? Doswiadczenie powinno byc wazniejsze niz wyksztalcenie
3. Malo jest jeszcze alternatyw dla wyzszego wyksztalcenia takich jak np. certyfikaty wydawane przez odpowiednie miedzynarodowe stowarzyszenia zawodowe, ktore sa nastawione na ludzi, ktorzy juz pracuja (a wiec wiedza co chca i co im bedzie potrzebne) i ktore sa duzo bardziej praktyczne niz studia magisterskie.
4. Jakosc polskich studiow jest po prostu niska, a same studia oderwane od rzeczywistosci. Czesto jest tak, ze np. absolwenci hardcorowych studiow prawniczych nie umieja pozwu napisac…
@ Atticus
Ad 3. Bo ja wiem? Zrób CIMA, ACCA, CCIE, czy inszy podobny (dobra, przyznam, skończyły mi się przykłady “z głowy” :), a nikt Cię o wykształcenie pytał nie będzie.
Disclaimer: nie pracuję w naszym szanownym kraju, więc może po prostu zapomniałem jak to jest.
Ad 4. Święta racja. Ale my mamy jednak bardzo dobre “średnio-wyższe” wykształcenie. Na codzień widzę głąbów, którzy to nie wiedzą, co to pi, a co to c. O znajomości geografii nie wspominając ;)
Atticus
1. Studia moga być pięcioletnie byle po trzech latach można było bezkolizyjnie podjąć pracę lub zmienić kierunek.
2. W Polsce jest presja na rozdawanie papierków. Skoro nie trzeba być nawet przeciętnie inteligentnym i pracowitym żeby skończyć studia, trudno się dziwić, że dyplomu oczekuje się od kierowcy w domu kultury.
3. Zgadzam się dwa razy. Po pierwsze, doskonalenie zawodowe daje lepsze efekty niż nauka teoretyczna przed jego rozpoczeciem. Po drugie, podyplomówki, które są najpopularniejszą formą nauki dla pracujących są dostępne wyłącznie dla osób z dyplomem. Dobrze byłoby otworzyć drzwi do nauki ludziom, którzy nie mogli zdobyć dyplomu przed rozpoczeciem pracy. Oni chcą lepiej poznać swój fach, a system oferuje im 5-letni kurs wiedzy ogólnej z dodatkami zawodowymi.
4. Przykry truizm. Mam nową stażystkę. Skończyła liceum ekonomiczne i studia magisterskie z zarządzania i marketingu. ONA NIC NIE UMIE! Jest za to pracowita, w miarę bystra i chce się uczyć, to warte więcej niż jej dyplom.
Prawda na temat ilości studentów w Polsce zawarta jest w tych dwóch zdaniach.
@ jako
„Dla wielu rządów szkoły wyższe to wielka przechowalnia bezrobotnych.”
Na co najmniej 4 –5 lat ściąga się „nadpodaż pracy” dlatego lansuje się model magisterski, a nie licencjat.
Z tego także powodu media lansują modę na „wykształciucha” !
@ jako
„Wyższe wykształcenie to wykreowana ‘moda’ a nie konieczność.”
Moda na licencjat przed nami bo wielu wyjechało i nawis „pracy” zdjęty ?