Do napisania jeszcze jednego wpisu skłoniła mnie nie tak dawna dawna prośba znajomych o pomoc w wypełnianiu zeznania podatkowego. W trakcie tego “PITolenia” przyszedł czas na uwzględnienie ulgi internetowej. Znajomi nie zarabiają (jeszcze) setek tysięcy złotych rocznie, dlatego każdy tysiąc złotych wydatków jest dobrze widoczny w strukturze ich budżetu domowego i warto się nad nim pochylić. Przecież wystarczy 84 zł miesięcznie, żeby rocznie uzbierała się już kwota z trzema zerami.
I tak jak pisałam we wcześniejszych wpisach poświęconych opłatom za usługi, nie tylko chodzi o to, aby było tanio, ale również, aby wydatki były optymalne. Co to znaczy? Okazuje się, że najwolniejsze opcje stałego dostępu do Internetu kosztują tyle samo co te o większej przepływności, oszczędzające czas – pozwalające zrobić to samo w krótszym czasie. Akurat w przypadku znajomych Internet to nie tylko time killer “zabijacz czasu” ale także time saver narzędzie do pracy zawodowej.
Ponadto ktoś powiedział If you can’t measure it, you can’t manage it - jeśli nie możesz tego zmierzyć nie możesz tym zarządzać. I powiedział mądrze. Odnośnie Internetu jako kategorii wydatków oznacza to potrzebę wiedzy o swojej konsumpcji Internetu (czyli ilości danych przesyłanych przez nasze łącze) mimo braku). Jak to zrobić?
W zamierzchłych czasach połączeń modemowych tzw dial-up były specjalne programiki zliczające nieubłaganie naliczane impulsy. Obecnie trzeba zaopatrzyć się w program zliczający właśnie ilość bitów przelewających się przez naszą internetowa rurkę łącząca nas z oceanem zasobów Internetów. Choć wydawać se to komuś sprzeczne ze standardowym dla łączy stacjonarnych brakiem limitu transferu danych to jednak taka wiedza jest potrzebna. Tylko wyposażeni w te wiedzę moi znajomi będą w stanie racjonalnie zastanowić się na opcją internetu bezprzewodowego (gdzie standardem są miesięczne limity ilości transferowanych danych). Tylko w ten sposób będą widzieli podczas następnego “PITolenia”, że lepiej wydać tych pieniędzy nie mogli.

