Mniej więcej półtora roku temu wzięłam kredyt gotówkowy w PKO BP. Warunki były bardzo korzystne, jak na kredyt gotówkowy, a powód zaciągnięcia kredytu – sensowny. Zdecydowałam się na raty malejące (dzięki równym ratom kapitałowym co miesiąc spłacam znaczną część kapitału, więc zadłużenie faktycznie maleje) i pięcioletni okres spłaty.
W ubiegłym roku udało mi się całkowicie wyjść z kredytu odnawialnego, a cel na ten rok – całkowite spłacenie kredytu gotówkowego. Oprocentowanie jest w dalszym ciągu atrakcyjne – 7,92%, ale życie z dwoma kredytami (hipotecznym, którego nie zamierzam nadpłacać oraz opisywanym właśnie kredytem gotówkowym) – po prostu mnie męczy. Stąd cel na ten rok – zamknąć kredyt gotówkowy oraz konto w PKO BP.
Analizując w miarę realnie sytuację finansową – cel jak najbardziej do osiągnięcia, przy równoczesnym jakimś budowaniu oszczędności. Ale zobaczymy jaki będzie efekt w grudniu.
Tak czy inaczej, mam za sobą pierwsze wydarzenie pod tytułem “nadpłacanie kredytu w PKO BP”. O ile zaciągnięcie kredytu było błyskawiczne i bezproblemowe (1 telefon z mojej strony do doradcy oraz zwrotny telefon po 2 dniach, że kredyt przyznany i pytanie kiedy mogę przyjść podpisać umowę – w rezultacie środki na koncie miałam 1 godzinę od podpisania umowy), to spłacanie takie łatwe nie jest. Wiadomo. Bankowi wcale nie zależy na tym, żeby klient wcześniej spłacił kredyt i dlatego procesu tego co najmniej nie ułatwia.

