W wielu serwisach internetowych i blogach pojawiły się artykuły związane z tematem wiosennych porządków. Nie mogłam się powstrzymać i ja. Tym bardziej, że do wzięcia się za takie porządki skłaniał mnie bardzo optymistyczny widok w zeszłym tygodniu, w drodze do pracy. A mianowicie – spore zespoły panów w żółtych kubraczkach, którzy z większym lub mniejszym zapałem sprzątają ulice na Ursynowie i Mokotowie. Co roku widok ten jest dla mnie oznaką nadchodzącej wiosny. Tak się złożyło, że zima znów przyatakowała i ekipy sprzątające zastąpiono chwilowo ekipami odśnieżającymi :(
Tak czy inaczej mam nadzieję, że władze Warszawy budżet na sprzątanie zaplanowały bardziej roztropnie niż budżet na odśnieżanie (pewno sporo osób kojarzy, co się działo w Warszawie po pierwszym tygodniu opadów śniegu – tonęliśmy w zaspach, a miejscy urzędnicy bezradnie rozkładali ręce, bo „pieniądze się skończyły”. Nota bene – jestem ciekawa, czy w podobny sposób zarządzają swoimi budżetami domowymi…)
Do rzeczy. Jestem osobą, która nie lubi gromadzić przedmiotów. Dobrze się czuję w miejscach przestronnych, nieprzeładowanych. Między innymi dlatego „remanenty” w szafach przeprowadzam mniej więcej 3 razy w roku. Koniec zimy, to czas, gdy na kolejny taki remanent przychodzi pora.
Przeglądowi podlegają zawartości: szaf z ubraniami i butami; szafek z zapasami jedzenia; szafek z chemią gospodarczą i kosmetykami; komoda z bielizną pościelową, ręcznikami, obrusami itp.; szafki kuchenne, w których przechowuję cały sprzęt agd, naczynia, sztućce. Słabość mam jedynie do książek, więc remanenty na regałach z książkami odbywają się sporadycznie albo wcale.

