W komentarzach (za które serdecznie dziękuję i proszę o więcej :)) do pierwszej części tego postu pojawił się dosyć mocny głos, że oczywiście lepiej skupić się na zwiększaniu dochodów, a ograniczaniem wydatków się nie przejmować (nie obniżać poziomu życia).
Ja natomiast uważam, że optymalizacja wydatków ma sens zarówno w przypadku wysokich jak i niskich dochodów. Oczywiście jeżeli dochody są niskie, to samym oszczędzaniem, zamożni się nie staniemy. Ale z drugiej strony – jeżeli przy wysokich dochodach prawie wszystko konsumujemy, to jest wysoce prawdopodobne, że nasza wartość netto może być bliska zeru.
Poza tym możemy być kompletnie nieprzygotowani na zawirowania w naszej sytuacji finansowej czy osobistej (bo nie „wyobrażamy sobie” kompletnie życia za np. 2 razy mniejsze pieniądze. I do tego – przy wysokich wydatkach, nasz fundusz bezpieczeństwa (jeśli w ogóle byliśmy w stanie go stworzyć) starczy nam na krócej. Przykład: dochody 10.000 zł, wydatki 5000 zł, fundusz awaryjny 40.000 zł. W przypadku utraty pracy starczy na 8 miesięcy. I dla porównania: takie same dochody i fundusz bezpieczeństwa, a wydatki 9.000 zł. Czyli fundusz bezpieczeństwa starcza na jakieś 4,5 miesiąca. Różnica zasadnicza.
Mnie refleksja na temat tego, do jak wysokich dochodów się przyzwyczaiłam, naszła jakoś w połowie ubiegłego roku. Pojawiły się szare chmury nad moją ówczesną pracą zawodową (tak w życiu się zdarza, prawie każdemu). Policzyłam wtedy konkretnie, ile pieniędzy (przy aktualnych zobowiązaniach) potrzebuję na życie. Gorąco polecam takie ćwiczenie. Policzcie Wasze opłaty stałe, kredyty, karnety, czesne w szkołach dzieci, planowane wyjazdy, i tzw. normalne życie. I potem podzielcie wysokość Waszego funduszu bezpieczeństwa przez tę kwotę…Wynik – to informacja, na ile miesięcy Wy i Wasza rodzina jesteście zabezpieczeni. Mi włosy stanęły lekko dęba na głowie, jak takie ćwiczenie wykonałam.. Kwota miesięcznych zobowiązań była naprawdę solidna. A i tak przecież od dłuższego czasu prowadziłam budżet domowy i pilnowałam wydatków. Moi rodzice za trzy razy mniejsze pieniądze spokojnie żyją… Przede wszystkim poczułam spory ciężar zobowiązań finansowych i własnych nawyków. Tym bardziej jestem przekonana o sensowności cięcia kosztów stałych i wydatków na „życie”, także w sytuacji niezłych dochodów. Podsumowując, warto nauczyć się żyć trochę skromniej, dlatego, że:
- szybciej można gromadzić oszczędności
- nie czujemy przytłoczenia zobowiązaniami finansowymi i nie jesteśmy ich niewolnikami
- jesteśmy lepiej przygotowani na ewentualne problemy: odłożony fundusz starczy nam na dłużej, a z drugiej strony nie przeżyjemy ciężkiego szoku w przypadku obniżenia dochodów.


oszczędzanie niekoniecznie wiąże się z obniżeniem poziomu życia. Np. można kupować wciąż te same produkty, ale płacić za nie miej dzięki wyszukaniu tańszego sklepu, zakupom w internecie albo w hurtowni. Ostatnio dużo wydaję na produkty apteczne i zdziwiłem się, kiedy okazało się, iż marża apteki to 8-12% (taka różnica jest pomiędzy zakupem a aptece, a odebraniu w tej samej aptece leków zamówionych przez internet). Pieniądze zostają na koncie, a standard życia się nie obniża.
I o to właśnie chodzi!
A co do wzrostu dochodów, to jak najbardziej powinien on pociągać za sobą wzrost wydatków, w końcu po coś się haruje całymi dniami – ale tu powinno działać coś w rodzaju “kotwicy budżetowej” – typu wzrost dochodów o 20% powoduje wzrost wydatków tylko o 10%, a reszta jest odkładana, inwestowana, etc.
@naokoło wieży: nie zgadzam się, że wzrost dochodów MUSI pociągać wzrost wydatków. Każdy ma swoje priorytety. Niektórzy wzrost dochodów mogą potraktować jako szansę na budowę zamożności – przez co rozumiem inwestowanie i oszczędzanie na przyszłość (nieruchomości, emerytura, zabezpieczenie dzieci) a nie na bieżącą konsumpcję. jeżeli żyjemy na przyzwoitym poziomie (tzn takim który nas zadowala) to może lepiej na tym poziomie konsumpcji pozostać? oczywiście jak mamy jakieś niespełnione marzenia, np podróż do Meksyku, to moim zdaniem warto porzucić na chwilę budżet, i zrealizować swoje marzenia. w każdym razie warto cały czas pamiętać że ta zwyżka, to najprawdopodobniej przejściowy stan. Ale życzę wszystkim takich dylematów – jak zachować się w sytuacji zwiększonych dochodów :)
@2-5k: całkowicie się z Tobą zgadzam, że oszczędzanie nie musi się wiązać ze spadkiem poziomu życia (ale nawet jakby tak było, to czy jest to aż taki problem?). ale jeżeli chcemy zachować poziom życia i oszczędzić, to wymaga to po prostu czasu. i nie każdy chce go poświęcić właśnie na to. bo przecież najprościej jest wstąpić do apteki po drodze z domu do pracy, i po prostu kupić. Czynność ktorą Ty opisałeś wymaga po pierwsze motywacji, a po drugie – własnei czasu. Ja osobiście taką motywację mam – strasznie wkurza mnie gdy (w sumie w wyjątkowych sytuacjach) korzystam ze sklepików osiedlowych, a pamiętam jakie są ceny w marketach. dysproporcja w przypadku aptek jest jeszcze większa. dla mnie ta róznica w cenie, to są po prostu pieniadze wyrzucone prawie w błoto. ale dla wielu ludzi to jest cena “wygody”.
@parsimonia
Zgadzam sie z Pania. Oszczedzanie wymaga czasu, a dla mnie osobiscie to wlasnie czas jest najcenniejszy. Jesli w przytoczonym przykladzie zaoszczedzimy 10% na lekach (np. 10 zl), ale poswiecimy na to 1h szukania, zlozenia zamowienia i odebrania lekow z apteki, to warto sie zastanowic. Jesli godzina Twojego czasu wyceniana jest na 50 czy 100 zl, to nie jest to oszczedzanie, tylko oszukiwanie sie.
Wiekszosc ludzi nie ceni swojego czasu, poniewaz nie zna jego wartosci przeliczonej na pieniadze.
#5 @GarbeeQ
trzymając się przykładu z apteką: zamówienie składasz przez www i odbierasz następnego dnia w aptece, do której i tak musiałbyś pojechać. Zatem teoretyczna strata czasu to czas na złożenie zamówienia, a zysk to rzeczone 8-12%. Zamówienie składam 5-10 minut (np. potrzebując emulsję dla dziecka wybieram spośród kilku produktów i pojemności (co też jest plusem w stosunku do apteki)). Jadąc po zamówienie mam pewność, że towar na mnie czeka – Ty musisz się liczyć z tym, że akurat nie będzie tego, co potrzebujesz i odwiedzisz kolejną aptekę – jeśli tak się zdarzy, to już jestem do przodu i z czasem i pieniędzmi ;]
Druga rzecz – zgodzę się, że być może 1h czyjegoś czasu warta 100pln. Każda godzina? A może tylko w pracy? Może podczas oglądania teleturnieju warta już mniej ;] Np. ten ktoś na znalezienie sklepu internetowego,w którym kupi aparat straci 2h (porównanie ofert, przeczytanie opinii itp.), ale oszczędzi 200pln. Jeśli zakupu dokonałby w markecie, a zamiast szukać tańszego sklepu w tym czasie wybrałby się na rower – wyszedłby na zero? ;o
@2-5k
Do przykladu z apteka nalezy doliczyc czas potrzebny na znalezienie odpowiedniej apteki i czas oczekiwania na realizacje zamowienia. Oczywiscie moze zdarzyc sie sytuacja, gdy natrafi sie na apteke, w ktorej akurat nie bedzie asortymentu, ale rownie dobrze moze zdarzyc sie, ze dane na stronie apteki beda nieaktualne. Czy mozna zamowic przez Internet leki na recepte ? Skad ma Pan pewnosc, ze dobrze odczytal Pan nazwe leku ? Moze zamowil Pan nie to, co trzeba ?
Tak, piszac o wartosci swojej godziny mialem na mysli godzine z doby mojego zycia. Godzina pracy, odpoczynku, posilku, cwiczen fizycznych czy snu ma swoja wartosc. Jesli bedzie Pan w stanie okreslic ta wartosc, latwiej bedzie podejmowac decyzje, czy oszczedzac, czy inwestowac…
Nota bene inwestowania: jaka stopa zwrotu jest dla Panstwa inwestowaniem, a przy jakiej mowimy jeszcze o oszczedzaniu ?
#7 @GarbeeQ
aptekę znalazłem raz i każde kolejne zamówienie to tylko wklepania nazwy leku i ewentualny wybór z podobnych lub z pojemności. Nie zdarzyło się by dane na stronie były nieaktualne (zdarzyło się, że lek odebrałem nie kolejnego, ale następnego dnia). Można zamawiać leki na receptę. Świadomy pisma lekarzy, zawsze sam zapisuje sobie nazwy leków podczas wizyty.
Ok, więc godzina w pracy warta X, ale godzina przed TV warta <X. Jeśli w jakimś czasie nie robię nic konstruktywnego, to wręcz zmarnowane pieniądze, prawda.
Z moim portfelem mówić mogę głównie o oszczędzaniu i niemarnowaniu. Inwestowaniem byłby każdy zysk ponad inflację, ale taka definicja wywoła pewnie uśmiech na twarzach inwestorów..
Dodałabym jeszcze jedno do powyższej dyskusji.
Dla niektórych przyjemnością jest wyjście na rower. Dla innych godzina z książką (albo dwie:)). Dla frugalistów – poszukiwanie tańszych rozwiązań i oszczędności! To też jest swego rodzaju hobby!
Zakładam, że Parsimonia nie pisze tego bloga z musu, tylko dla swojego zadowolenia. A blog jest przecież o oszczędzaniu.
Myślę więc, że 2 godziny w sieci na poszukiwanie tańszych produktów zakończone sukcesem mogą naprawdę dać szukającemu satysfakcję taką, jak niektórym np wygranie partii szachów :)
Przy pasywnych przychodach nie ma to znaczenia, czy dana godzine spedzam z ksiazka, telewizorem, psem czy dzieckiem, czy tez poswiecam sie pracy, sprzataniu lub spaniu. Wycena jest zawsze taka sama.
Oszczedzanie ma swoja wartosc dodana, ale ma pewne zasadnicze ograniczenia: koszty mozna maksymalnie obnizyc do zera. Przychody nie maja tego limitu, tj. limitem jest nieskonczonosc.
Stad nadal twierdze, ze najlepiej poswiecic swoj cenny czas na powiekszanie przychodow przy zachowaniu tego samego poziomu kosztow, niz pozostawac przy tym samym przychodzie, a zmniejszac koszty.
w kwestii formalnej: myślę, że warto rozróżniać OSZCZĘDZANIE i ograniczenie trwonienia (’NIEMARNOTRAWIENIE’). Oszczędzam kiedy z czegoś rezygnuję (gorsze wino zamiast lepszego), a nie marnotrawię, nie jestem rozrzutny, kiedy to samo wino kupuję taniej (oczywiście nie jadać po nie na drugi koniec świata).
Kiedy w salonie targuję rabat na auto, to nie jestem rozrzutny, ale kiedy rezygnuję z klimatyzacji, to może być już oszczędzaniem. Frugaliści na ogół mają tak nisko ceny czas, że poświęcanie go dla OSZCZĘDZANIA wydatków może przynieść tylko zysk (choć czasem ZAINWESTOWANIE czasu w wiedzę mogłoby przynieść zwiększenie przychodów).
W kwestii limitu dla oszczędzania i przychodów – zgoda. Ale prościej pozyskać rabat w sklepie niż uzyskać podwyżkę albo drugi etat.
@2-5k
Zgoda. Latwiej uzyskac rabat w sklepie niz podwyzke. Tylko roznica jest taka, ze za kazdym razem potrzeba targowania sie, aby ten rabat uzyskac, a tylko raz wykonac ‘prace’ zwiazana z uzyskaniem podwyzki.
Bardzo zawezamy pole dyskusji (sklep, praca na etacie). Poza tym nie ma dla mnie znaczenia, jak dany proces nazwiemy (oszczedzanie, niemarnotrawienie), efekt jest zawsze ten sam – wieksza ilosc pieniedzy do naszej dyspozycji. Trzeba pamietac jednakze, ze uzyskanie ‘oszczednosci’ w wyniku zmniejszenia kosztow musi miec charakter staly i jest bardzo podatne na inflacje. I dziala tutaj limit, o ktory pisalem wczesniej.
Zwiekszanie przychodow dziala w tym samym kierunku co inflacja, wiec budzet domowy jest na nia mniej podatny (zmniejszamy jej efekt). Podkreslam jednakze, ze sensownosc takiego podejscia istnieje pod warunkiem, ze nasze ‘potrzeby kosztowe’ nie rosna (nominalnie tez rosna wraz z inflacja, nie dodajemy jednak nowych, ‘ekstra’ wydatkow).