Po dłuższej – nie do końca zależnej ode mnie przerwie w publikowaniu artykułów, dzisiaj rozważania na temat jak w tytule.
Większość z Czytelników mojego bloga zapewne chciałaby kiedyś móc z życia czerpać garściami bez psucia sobie każdego dnia pracą, dojazdem do pracy, stresem z pracą związanym i … litania mogłaby być jeszcze długa. Teoretycznie kilka sposobów na ten problem jest, jednym z nich jest właśnie utrzymywanie się z dochodów pasywnych.
No właśnie, w teorii wygląda to pięknie, wystarczy TYLKO wprowadzić w życie jakieś źródło pasywnego dochodu i potem już jedynie “hajlajf” – wedle uznania, wygrzewanie się na egzotycznej plaży z drinkiem w ręce, codzienne wędkowanie na własnej przystani nad jeziorem na Mazurach, zero stresów, w końcu szefa nie ma, pieniądze co miesiąc wpadają.
No i przy przejściu od teorii do praktyki, zaczynają się schody. Najlepiej zobrazuje problem powiedzenie:
W teorii między teorią i praktyką nie ma żadnej różnicy, w praktyce różnica między teorią, a praktyką jest – nieraz wielka.