Każdy, kto kiedykolwiek szukał nieruchomości przez Internet wie, że to, co jest tam powypisywane w ogłoszeniach można podzielić na dwie kategorie:
- Bajki wyssane z palca (niekoniecznie duża objętość)
- Wyjątkowo skąpy opis
Skąpe opisy można jedynie skwitować tak, że wypadałoby podać jakieś informacje, chociażby w jakiej mniej więcej okolicy (spokojna, przemysłowa itp.) znajduje się oferowana nieruchomość, co jest w pobliżu (szkoły, przystanki, sklepy, przychodnie) i ewentualnie sugestia, pod jaki cel nieruchomość nadawałaby się najbardziej, jeśli nie mieszkaniowy.
Niestety czasami i zdjęcia nie ma…
Szerzej natomiast omówię drugą kategorię:
Nadmierne kolorowanie rzeczywistości w ogłoszeniach.

Właściwie nie wiem, co ma na celu czarowanie potencjalnych klientów, którzy chcąc nie chcąc, kiedyś będą musieli zobaczyć nieruchomość i konfrontacja wiele obiecującego opisu w Internecie z rzeczywistością, mającą się do tego opisu nijak, na pewno nie będzie z korzyścią dla sprzedającego.
Prędzej już potencjalny nabywca uzna, że ma do czynienia z oszustem i wycofa się z transakcji.
Ja również miałem już okazję widzieć takie mieszkania, w których – zgodnie z ogłoszeniem – miał być dobry stan techniczny, zdjęcia (nie pokazujące oczywiście wszystkiego) w miarę interesujące, spokojna okolica.
W rzeczywistości stan techniczny przedstawiał się tak, że w mieszkaniu było każde gniazdko inne (ponadto wszystkie wiekowe), większość wyrwana ze ścian, do gniazdek prowadził kabel na ścianie, zamocowany do ściany naklejonym nań paskiem tapety (innej zresztą, niż na pozostałych ścianach). W pokojach były rzucone na podłogę kawałki gumolitu, z pewnością o wiele dłuższym stażu, niż przewidywał ich producent (świadczył o tym kształt, podobny do menisku wklęsłego – wszystkie krawędzie “się dźwigały”, także wzorek był trudny do zdefiniowania). Tapety na ścianie – pomijając już osobliwy sposób montażu instalacji “natynkowej”, wzbudzały najgorsze podejrzenia co do wydarzeń, jakie mogły mieć miejsce i wolałem się nie zastanawiać skąd tam takiego koloru i kształtu plamy…
Inne kwiatki, to stolarka okienna, co do której odnosiłem wrażenie, że pierwotnie miała być gdzie indziej wmurowana, farba olejna w ubikacji, ze strupami wielkości mojej dłoni, odchodzącymi od ściany, niekompletna spłuczka do ustępu a’la późny Gierek (żeby spuścić wodę, trzeba było włożyć do tej spłuczki rękę i pociągnąć za taki plastikowy element, co w kompletnej spłuczce tego typu robiło się poprzez naciśnięcie “dzyndzla” z boku), lampa chyba gwizdnięta z jakiegoś magazynu (nie przypominam sobie, żebym w jakimkolwiek budynku mieszkalnym z lat ‘70 i ‘80 widział akurat taki typ, za to w budynkach gospodarczych – i owszem).
Fakt, że cena była wyjątkowo atrakcyjna, tyle, że po pobieżnym skalkulowaniu kosztorysu robót niezbędnych do doprowadzenia tego chlewika do stanu względnie cywilizowanego wyszło, że mogę mieć to samo gdzie indziej, za tę samą cenę i bez kilkumiesięcznej dodatkowej roboty. Inna sprawa, że dobrym (a już na pewno świadczącym o przezorności) zwyczajem jest przemnożenie kosztorysu przez 1,5 – 2, wtedy są szanse, że określi się ostateczne koszty remontu, w których można się zmieścić.
No ok, rozpisałem się trochę o swoich doświadczeniach, więc jutro dopiszę resztę w punktach – takie najczęściej występujące przekłamania. Jako, że stan techniczny dzisiaj z grubsza omówiłem, jutro o innych elementach.
Pozdrawiam.

