Nie od dzisiaj wiadomo, że sprzedać można wszystko. Byle był jakiś popyt, ale jak go nie ma, to w dzisiejszych czasach w końcu żaden problem. Zawsze można sobie go stworzyć (patrz żarówki “ekologiczne” sprzedawane na fali eko – mody, które jak się okazuje są dużo bardziej szkodliwe dla środowiska niż zwykłe szklane bańki z drucikiem w środku).
Rynek inwestycyjny (nie mylić z węższym określeniem rynek akcji) też zna podobne przypadki, a to jakiś przedmiot jako inwestycja, a to flaszka drogiej gorzałki. Wystarczy tylko zrobić odpowiednie zamieszanie, a czasem i bez niego się obejdzie – i już chętni pukają sprzedawcy do drzwi.
Sprzedać można wszystko.
To fakt. Nawet można sprzedać “coś z niczego” i nie chodzi mi tu o towar, jaki opisany był w Medalionach Nałkowskiej.
Jakie to są, te “cosie”?
Ano, głównie związane z Internetem. W sieci można nawet za darmo stworzyć masę chodliwych “rzeczy” (bo w sumie są niematerialne, stąd cudzysłów), przeglądając oferty sprzedaży z Allegro są to chociażby:
- Linki – żeby sprzedawać linki, trzeba mieć swoją stronę w Internecie, najlepiej porządną, z dobrymi treściami. Linki, a w zasadzie miejsce na stronie, na które wstawiony jest link, służy pozycjonowaniu innych stron, do których link umieszczamy u siebie w wyszukiwarkach. W tym biznesie im większa wartość naszej strony (oceniana na różne sposoby przez wyszukiwarki), tym więcej możemy sobie zażyczyć za emisję linka. Sama sprzedaż nie jest tak prosta, chociażby z tego powodu, że wyszukiwarki mogą obniżyć pozycję naszej strony właśnie za takie praktyki (trzeba się z tym nieco ukrywać, np. nie podając URL strony), ale myślę, że doświadczenia zdobyte na jednej stronie wystarczą, by już drugą sprzedaż przeprowadzić o wiele lepiej. Co najważniejsze, jak ktoś rzeczywiście chce w ten sposób zarabiać, to prawie wszystko można tu zautomatyzować, od stworzenia całej sieci stron, poprzez ich “hodowanie” (większa wartość w “oczach” wyszukiwarki), aż po sprzedaż linków (sprzedaż przez allegro to nie jedyna i w zasadzie najgorsza z możliwych opcji, ale dla osób mających swoją stronę na darmowym hostingu często jedyna dostępna).
- Fani w popularnych serwisach społecznościowych – kiedyś była to Nasza Klasa, teraz jest popyt na fanów w Facebooku. Tym sposobem można szybko i relatywnie tanio stworzyć iluzję, że jesteśmy popularni. Co prawda w przypadku osób prywatnych, które w żaden sposób na tym nie zarabiają, kupowanie fanów jest chyba tylko sposobem na oszukanie samego siebie, że jest się popularnym, podczas, gdy rzeczywistość jest inna. Natomiast w przypadku firm sprawa wygląda nieco inaczej. Nawet jeśli firma nie zarabia bezpośrednio na posiadaniu kilku tysięcy fanów, to zawsze w pewien sposób polepsza tym swój wizerunek. Chodzi mniej więcej o to, że jest sobie firma “Dzyndzy – lyndzy” (swoją drogą kiedyś firma o takiej nazwie rzeczywiście istniała, bodajże w Gliwicach), która kupuje sobie 10 000 fanów na fejsbuku. Firma sprzedaje miksery. Jest sobie też Jaś Kowalski, który szuka miksera i przypadkiem trafia na fanpejdża firmy Dzyndzy – lyndzy. Nic o niej w życiu nie słyszał, ale widzi, że 10 000 ludzi jest fanami tej firmy, więc chyba te dziesięć tysi uważa miksery Dzyndzy – Lyndzy za dobre. No i decyduje się na zakup (miksera, nie fanów) i być może dołącza za darmo do rzeszy fanów.
Tak więc w przypadku firmy coś takiego, jak nabycie fanów w portalu społecznościowym jakieś tam uzasadnienie ma, czy zaś jest to skuteczne, to ja już nie wiem.
Podałem dwa przykłady, jak to mając nic, można sprzedać coś. I najważniejsze, że za prawdziwe pieniądze. Oczywiście najlepiej być na tyle bystrym, by przewidzieć, co w najbliższym czasie będzie chodliwe, ale jest też grupa “towarów”, których chodliwość nie blaknie tak szybko, jak popularność Naszej Klasy.
Cały szkopuł w tym, żeby ruszyć głową / poszukać i zacząć “produkować” swój “towar”. Bo tak na prawdę takich “cosi z niczego” można wymyślić dowolną ilość.
Pozdrawiam.


Ale numer! Pamiętam jak byłem mały (14? 17 lat temu? coś koło tego), że w Gliwicach faktycznie był jakiś budynek na którym był piękny neon z napisem Dzyndzy-Lyndzy.
Trafiłem tu “z gugla”, bo coś mnie wzięło na wspomnienia i ten neon mi się przypomniał. Czy wiesz coś więcej na temat tej firmy? Wiem, że na 100% mijało się go jadąc z dworca PKP na ulicę ZWM. I niestety, nic więcej nie pamiętam.
Coś mi się jeszcze majaczy, że na tym neonie był jakiś… kot (?), ale całkiem możliwe, że coś mi się w głowie tworzy.
z góry dzięki za odpowiedź