… jeśli tylko kilka procent z nich przynosi oczekiwane rezultaty?
Dzisiejszy wpis w kontekście tego, co przeczytałem na jednym z moich ulubionych blogów, Small Capital. SmallCap opisuje książkę znienawidzonego przez wielu p. Kiyosaki, “Spisek Bogatych” (darmowej zresztą, poszukaj w Google, na pewno znajdziesz).
We wpisie pisze on (Small, nie Kiyosaki):
Warto przeczytać 300 stron dla kilku zdań nad którymi po chwili myślenia można dojść do konstruktywnych wniosków.
Ja ze swojej strony mogę tylko się przychylić do tego zdania, bo książka to typowa, ciężka (dla mnie) “sieczka” w stylu Kiyosakiego. Jednak zawiera pewne cenne przekazy, których nie znalazłem jak dotąd nigdzie indziej.
Zwróćcie uwagę na równanie ilość pracy kontra korzyści: 300 stron, dla kilku zdań!
Wydawało by się, że jest to zupełnie bez sensu. A jednak moim zdaniem nie jest bez sensu.
Wszystko zależy od tego, jak wiele są w stanie dać Ci te rzadkie, lecz wartościowe myśli. Albo w ogólności, warto podjąć wiele działań, nawet jeśli tylko sporadycznie przyniosą one oczekiwany skutek – pod warunkiem, że te kilka powodzeń jest na prawdę znaczących.
Jak to odnieść do jakichś życiowych sytuacji?
Weźmy np. spekulowanie na giełdzie z użyciem jakiegoś systemu. Każdy system ma kilka określających go parametrów. Jest to stosunek przeciętnego zysku do przeciętnej straty, trafność (ilość transakcji zyskownych podzielona przez całkowitą ilość transakcji) i wreszcie wartość oczekiwana (mam nadzieję, że nie pomyliłem nazwy, bo nie chce mi się wstawać do półki, by sprawdzić w książce Van Tharpa).
Świeżaki giełdowe zbyt mocno skupiają się na jednym z elementów, na trafności (może dlatego, że pragną mieć jak najwięcej racji, czym to się kończy, to bardziej doświadczeni już wiedzą). Kluczem zaś do zyskownego systemu wcale nie musi być jak najwyższa trafność. Może być więc tak, że trafność systemu wynosi zaledwie 5%, a mimo to jest on zyskowny (przy odpowiednim zysku do straty, np. 30 do 1: 30*0,05-1*0,95 = 0,55). Czy zatem nie warto ponosić aż w 95% porażki, by w ostatecznym rozrachunku wygrywać?
Inny przykład. Załóżmy, że jest sobie jakiś drobny biznesmen, taki typ w gorącej wodzie kąpany. Co rusz wymyśla jakiś nowy pomysł na biznes i bez większej analizy szans na sukces, podejmuje się realizacji. Prowadzenie biznesu – ciężki kawałek chleba, w większości wypadków naszemu drobniakowi nic nie daje. Ale dzięki dużej ilości prób wreszcie trafia on na swoja “żyłę złota”, która ustawia go na całe życie.
I jeszcze jeden przykład, podobno z życia (nie wiem na pewno): Sylwester Stallone chodził ze scenariuszem Rocky’ego od wytwórni, do wytwórni przez kilka lat, z każdej był wyrzucany. Udało mu się tylko jeden raz – jakim hiciorem później okazał się “Rocky”, to już wszyscy wiemy.
Lubię Donalda Trumpa za jedno zdanie (ogólnie to mało o nim wiem), które wypowiedział: “Upór decyduje o naszym powodzeniu o wiele bardziej, niż się nam wydaje”
Upartość przydaje się zwłaszcza tam, gdzie o efekcie decyduje ilość długotrwałość włożonego wysiłku.