Tytułowe TO, to oczywiście finansowa niezależność.
Nie wiem jak w angielskojęzycznej blogosferze, ale w polskojęzycznej przyjął się raczej podobny schemat osiągania finansowej niezależności, wygląda mniej więcej tak:
Wpływy – rachunki > 0 , po czym to co zostanie należy zaoszczędzić, następnie zainwestować i tak w kółko, aż do skutku.
“Do skutku” oznaczać może np. 2 000 PLN przychodu w miarę pasywnego, ewentualnie inną kwotę – wg. uznania. Idąc tą drogą, im mniejsza kwota docelowego pasywnego dochodu, tym szybciej ją osiągniemy.
Jasne, że inną popularną drogą może być stworzenie firmy i bycie jej właścicielem (nie mylić z “pracującym w niej właścicielem”). W sumie to, w jaki sposób się osiągnie odpowiedni stan przychodów, to sprawa drugorzędna.
Kwestia jest inna: ile dochodu pasywnego powinieneś mieć, by żyć komfortowo?
Kluczem do rozwikłania problemu jest to, co dla Ciebie oznacza żyć komfortowo?
Kiedyś zaproponowałem, że może zamiast gonić za jeszcze większymi dochodami, może warto po prostu zmienić kraj zamieszkania na “tańszy”. W komentarzach pojawiły się głosy, że póki co, to My (w sensie Polska) jesteśmy tą tańszą alternatywą dla bogatego tzw. “Zachodu” – muszę przyznać, że trudno się z tym nie zgodzić. Ale nie do końca.
Oglądałem kiedyś program Wojciecha Cejrowskiego “Boso przez świat”. Nie pamiętam, jaki kraj był akurat pokazywany, ale pamiętam, że kraj charakteryzował się zupełnym brakiem pogoni za pieniądzem. Ot, ludzie sobie gdzieś przypływali, z znalezionych na miejscu materiałów budowali chatkę i mieszkali w niej tyle, ile sobie życzyli. Cały ich majątek, o ile pamiętam, składał się z jednego garnka i łodzi wyciosanej z jakiegoś wyciętego w buszu pniaka.
Ok, pewno nie każdemu odpowiadałoby życie w jakiejś południowoamerykańskiej dżungli. Mi na pewno nie, chociażby ze względu na robactwo i wszelkie inne nieprzyjemne stworzenia. Raczej chodzi o przykład, że bez pieniędzy / z mniejszą ich ilością można żyć.
Co mam na myśli?
Im dłużej zastanawiam się nad kwestią, jak chciałbym, by wyglądało moje życie po osiągnięciu finansowej niezależności, tym częściej przewija mi się przez głowę wizja skromnego, ale spokojnego i pozbawionego gonienia za terminami życia. I najlepiej w jakimś cichym miejscu, z dala od zgiełku miasta i z dala od tych wszystkich rzeczy, które mieszkaniec miasta “musi kupić / musi mieć”.
Takie skromne życie może kosztować niewiele. Jasne, że mając 5 – 10 tysięcy przychodu pasywnego też mogę wieść skromne i tanie życie, ale tak to już jest na tym Świecie, że im więcej zarabiamy, tym na ogół więcej wydajemy. Podejrzewam więc, że po osiągnięciu pewnego pułapu przychodów pasywnych, moje życie wcale nie stałoby się bardziej wygodne, a jedynie bardziej drogie.
No to jeszcze pozostaje kwestia, jak tanie może być to skromne życie? Jest to kwestia indywidualna, ale są na świecie przykłady ludzi, którzy obywają się bez pieniędzy.
Ciekawym, właśnie takim przykładem, jest Daniel Suelo, mieszkający w stanach człowiek, niepracujący, nie posiadający własnego domu w sensie, jaki przyjął się w naszej kulturze. Daniel mieszka w jaskini, nie posługuje się w ogóle pieniędzmi. Więcej na jego temat tutaj. Nie chcę być źle zrozumiany – nie zamierzam promować osiągania finansowej niezależności przez stanie się bezdomnym, także nie zamierzam skończyć w ten sposób i w odmiennie postrzegam skromne życie, jakie mi się marzy. Przykład może ekstremalny, ale myślę, że jest świetną przeciwwagą dla modelu życia “bez 5 patyków nie da rady żyć”.
Za dużo mniejsze kwoty także można przeżyć, trzeba się tylko wyrzec niektórych (często na prawdę zbędnych) wygód, wyrzec się góry niepotrzebnych gratów, które kosztowały jeszcze większą górę pieniędzy.
Patrząc w ten sposób, może się okazać, ze jesteś o wiele bliżej finansowej wolności, niż Ci się zdawało.
Pozdrawiam.


Moje 2gr: Człowiek jak nie ma nic sensownego, perspektywicznego, zajmującego i/lub rozwijającego do roboty dostanie “kociej mordki”, dlatego nawet będąc już FI trzeba zadbać o rozwojowe zajęcie. Nawet jeżdżenie po świecie i poznawanie nowych miejsc i kultur się znudzi ;-)
Jasne, zgadza się, że nie chodzi o wegetowanie. Ale z drugiej strony, można robić masę rzeczy, które kosztują niewiele, albo nic. W artykule chodziło mi raczej o to, że zewsząd ludziom wmawia się, ŻE MUSZĄ to, muszą tamto i jakoś tak się składa, że to lub tamto zawsze kosztuje, co w efekcie finalnym daje dużo więcej wywalonej kasy. Powiem Ci, że mnie już nie cieszy nowy komputer, komp jak komp, bez względu na bajery. Podobnie z wieloma innymi rzeczami, ale spora część ludzi sobie tego nie uświadamia, że wywalanie kasy wcale nie musi uczynić nikogo szczęśliwszym.