Bogactwo może być różnie określane. Dla jednych miarą bogactwa jest wartość netto, czyli to co posiadamy minus kredyty. Dla innych duży, pasywny przepływ pieniężny będzie miarą bogactwa w myśl zasady, że
To, czy jesteś bogaty, określa ile czasu możesz przeżyć bez pracy zarobkowej.
Co jest lepsze? Mieć dużą wartość netto, czy duży pozytywny cash flow przy mniejszej wartości netto?
W polskich blogach finansowo – inwestycyjnych ostatnio dylemat ten obrazuje spór o to, czy lepiej jest mieć milion (zapewne jako symbol wysokiej wartości netto), czy pasywne przychody wystarczające na utrzymanie nie posiadając miliona. Muszę przyznać, że ja osobiście nie pogardziłbym żadną z tych opcji – dlaczego? O tym na koniec wpisu. Zobaczmy, jakie możliwości daje milion, a jakie daje spory cash flow:
- Duża wartość netto.
W zasadzie przez całe życie gromadzimy jakieś przedmioty, z których każdy ma jakąś tam wartość. Drobnostki, typu kolejne meble, lustro, sprzęt AGD w zasadzie zwiększają wartość netto, ale z reguły oprócz ewentualnych kosztów nic więcej nie wnoszą w kontekście posiadanego majątku. Nieco inaczej jest z aktywami bardziej trwałymi, ale i rzadszymi. Mam na myśli tutaj domy, mieszkania, grunty i nawet samochody w niektórych wypadkach. Jakie możliwości dają te aktywa? Otóż, mogą być dla banku zabezpieczeniem w sytuacji, gdybyś chciał wziąć kredyt (oczywiście najlepiej na kolejne aktywa), przez co kredyt może być rozłożony na więcej rat i może mieć niższe oprocentowanie. Jasna sprawa, że nikt nie będzie dawał w hipotekę nowego domu po to, by kupić sobie pralkę, jednak dom może być zabezpieczeniem przy kupnie kolejnego domu, na przykład pod wynajem. W tym miejscu ktoś mógłby zapytać po co to, bo przecież nabywana nieruchomość też może być zabezpieczeniem kredytu. Rzeczywiście tak jest, ale dla banku udzielenie kredytu na 200 000 z zabezpieczeniem w tej samej wysokości (jedna nieruchomość), to nie to samo, co kredyt na 200 000 z zabezpieczeniem na pół miliona (dwie nieruchomości). Taki kredyt jako teoretycznie bezpieczniejszy, może być też tańszy, a to z kolei ma znaczenie dla kredytobiorcy. Co więcej, w takim przypadku bank może nawet lekko przymknąć oko na nieszczególnie wysoką zdolność kredytową (w pewnych granicach). - Przepływ pieniężny pozwalający na utrzymanie się.
Tutaj sytuacja może być taka, że źródło pasywnych przychodów może być w niektórych przypadkach nawet bezkosztowe. Załóżmy, że ktoś napisze jakiś super przełomowy poradnik, z którego prowizje sprzedażowe dadzą finansową niezależność. Na napisanie poradnika można nie wydać ani grosza, lub minimum pieniędzy, a faktycznie źródło comiesięcznych przychodów sobie płynie. Nasz teoretyczny autor może nie mieć żadnej większej wartości netto, czyli nie będzie posiadaczem żadnej nieruchomości, żadnego samochodu, zero inwestycji i tak dalej. Ba, nawet może mieć kredyty, przez co jego wartość netto będzie ujemna. Mimo to, taki ktoś może być niezależny finansowo. Oczywiście nie bez znaczenia jest wysokość comiesięcznych wpływów, bo przedział kwot pozwalających na utrzymanie się jest szeroki. Może to być ledwie tysiąc z hakiem, co pozwoli na jako – taką egzystencję, ale jednocześnie nie pozwoli na żadne luksusy. Może to być też kilkanaście tysięcy miesięcznie, co spokojnie wystarczy na bieżące utrzymanie i jeszcze zostanie coś do oszczędzenia.
Co więc jest lepsze?
Moim zdaniem, żadna z tych opcji nie jest lepsza od drugiej. Można być milionerem i nie być finansowo wolnym, można też być biednym jak mysz kościelna, a nie musieć chodzić do pracy, by mieć za co żyć. Ale jednocześnie, mając dużą wartość netto, łatwiej jest zamienić ją w przychody pasywne (chociażby przykład z kredytem na nieruchomość), a z kolei mając spory cash flow (najlepiej pasywny), można zbudować dużą wartość netto oszczędzając i inwestując nadwyżki pieniężne. Właśnie dlatego myślę, że spór o to, czy lepiej mieć duży majątek, czy duże przepływy, jest zupełnie bez sensu. Gdybym w tej chwili posiadał milionowy majątek i spory dochód pasywny, to majątek pozwoliłby mi na stworzenie nowych pasywnych doch0dów, a te z kolei przyśpieszyłyby drogę do kolejnego miliona.
Każda z tych opcji daje całkiem spore możliwości i nawet w pojedynkę, każda z nich jest lepsza niż nie robienie niczego i narzekanie, że jutro trzeba znowu do pracy, że szef nie daje podwyżki i… listę można by długo ciągnąć.
Pozdrawiam.


niby proste masz nieruchomosc i oprocz tego 2/3 wartosci nieruchomosci w gotowce.nieruchomosc jest twoja bez hipoteki bankowej.czyli mozna dzialac czec gotowki w inwestycje kapitalowe(ostroznie bo idzie przesilenie moim zdaniem) a mieszkanko pod hipoteke i kupujemy drugie np na wynajem wszystko proste ale jak ceny najmu nie pokryja raty kredytu slyszalem o takim przypadku ale nie znam szczegolow i to we wrocku.Leszek czyli w takiej sytuacji jak bys rozkrecal ten biznes z tego co zauwazylem mieszkanka slabo sie sprzedaja deweloperom a moze zle zauwazylem.a czy wogole istnieje mozliwosc zapasci na rynku nieruchomosci podobno nic nie trwa wiecznie i jest niebezpiecznie wierzyc ze cos trwa wiecznie np. hossa na nieruchomosciach forever haha.(japonia)
No na pewno żadna hossa nie trwa wiecznie, a już szczególnym przekłamaniem jest, że nieruchomości rosną cały czas. Widać to własnie po sprzedaży deweloperów, rok temu u mnie w opolu była nagonka, że hej! Wszędzie plakaty, że już tylko kilka mieszkań pozostało – niektóre wiszą do dziś, inne – deweloper obniżył cenę i nadal pupa blada…
Czasy, że można kupić byle co za byle jaką cenę, a potem wynająć i odcinać kupony minęły. Ja za swoim mieszkaniem chodziłem chyba z pół roku, zanim w końcu coś się trafiło w cenie przystępnej i nad wyraz dobrym stanie technicznym. Kupiłem tanio, bo akurat był zastój na rynku, co mi nie przeszkadzało, a właściwie nawet pomogło. Można do sprawy podejść tak, że zamiast wynajmować rodzinie, wynajmujesz studentom. Np. u mnie myślę, że ciężko byłoby wynająć rodzinie mieszkanie za 1500, za to pięciu studentom za 400 od głowy już łatwiej (szczególnie, że student tylko patrzy czy jest mu wygodnie i czy ma blisko do uczelni, rachunki zaś z reguły pokrywają jego rodzice). Zawsze też łatwiej wywalić studenta jak są jakieś problemy, niż całą rodzinę z małym dzieckiem. Inna sprawa, że trzeba się zastanowić, co robić, żeby naraz studenci się nie zwinęli, żeby ich zatrzymać, ale to jest ryzyko, którego nie da się uniknąć w tym biznesie.
“Co jest więc lepsze?” — Zgadzam się tutaj z Timem Ferrissem: “ludzie nie chcą mieć miliona, tylko chcą żyć jak milionerzy”, dlatego dla mnie najlepszą opcją byłby solidny, pasywny cash flow. A gdy cash flow będzie, to – jak piszesz – wartość netto też z czasem będzie.
aha majac na uwadze nawet ta powodz ze wszad slychac ze ludzie traca dorobek zycia nasuwa mi sie taki wniosek ze wszystko trzeba umiec podzielic ja osobiscie nie wpakowal bym wszystkiego w dom a zostal bez grosza na koncie a jak przyjdzie wojna co uwazam za malo prawdopodobne bardziej kleska zywiolowa i trza bedzie wiac stad trzeba miec za co i miec kase na zycie gdzie indziej wiec plynne aktywa musza byc tzw latwo zbywalne lub zamienialne na inna walute.
No trudno się z tym podejściem nie zgodzić, nie jest wykluczone, że kryzys się jeszcze rozciągnie, nie wiadomo co przyniesie ta powódź. Czytałem ciekawą książkę “Gdy nadchodzi kryzys” jakiegoś niemieckiego autora, polecam tę pozycję – daje na pewne sprawy nowe świeże spojrzenie.
Ja myślę że obie rzeczy są ważne, ale to przychód pasywny tak naprawdę może nam zapewnić wolność finansową, a nie sam majątek netto.
Tim Ferriss słusznie zauważa że ludzie chcą żyć jak milionerzy ale on w swojej książce pisze nie tylko o budowaniu dochodu pasywnego (jak np Kiyosaki) ale jeszcze o eliminowaniu z życia zbędnych wydatków i źródeł kosztów – i to mi się szczególnie w jego podejściu podoba.