Guru finansów osobistych jak pierwszy krok w celu powiększenia majątku proponują Nam “płacenie najpierw sobie”. W teorii wszystko wygląda pięknie, jak to w teorii. Czyli: płacisz sobie (znaczy się oszczędzasz i ewentualnie inwestujesz) jeszcze przed opłaceniem wszystkich rachunków. Załóżmy, że zarabiasz 2 000 PLN i 20% z tej kwoty chcesz oszczędzić. łatwo policzyć, że to będzie 400 PLN, czyli kwota można by rzec – odczuwalna. Idea opiera się na tym, że potem, dla opłacenia rachunków, które MUSISZ opłacić, zrobisz wiele, by uniknąć zaległości. Tak jak piszę, teoria w tym wypadku jest dobra i jak najbardziej słuszna. Niestety, jak to z teorią najczęściej bywa, pisałem tutaj.
Po drugiej stronie jest sposób, w którym cały miesiąc normalnie regulujemy swoje płatności, robimy zakupy i tak dalej. Mówiąc krótko, pieniądze sobie cały czas gdzieś uciekają, na słuszne lub niesłuszne wydatki. Jeśli na słuszne, to wszystko w porządku, wtedy powinno coś w budżecie pozostać na koniec miesiąca. I to znowu jest teoria, jakże miła, prosta i przyjemna.
A praktyka?
W pierwszej metodzie, tej polegającej na oszczędzaniu najpierw, “nóż na gardle” w postaci niepopłaconych rachunków rzeczywiście może być przyczyną do zorganizowania nowych źródeł pieniędzy. To jest OK, dopóki to dodatkowe źródło pieniędzy nie jest długiem. Przykładowo, może być to karta kredytowa, w danym miesiącu oszczędzasz ile trzeba, ale brakujące pieniądze, np. w sklepie uzupełniasz możliwościami karty kredytowej. Albo pieniędzmi udostępnionymi w ramach linii kredytowej w rachunku. Krótkoterminowo, w obrębie jednego miesiąca wszystko wygląda ok, nawet jeśli trzymasz swoje finanse w ryzach, to także wspomaganie się karta kredytową nie musi oznaczać finansowej katastrofy. Ale może też prowadzić do nadmiernego zadłużenia, które nie będzie już tak tanie, jak pieniądze “kartowe” w okresie bezodsetkowym – nawet jest to bardzo prawdopodobne.
Drugi sposób – oszczędzanie na samym końcu, też w praktyce bywa zawodny. Przecież w sklepach, siedząc przed telewizorem, w internecie, tak łatwo ulec namowom speców od reklamy i ten jeden raz finansowo zaszaleć. Po pierwszym razie, po raz drugi, trzeci, czwarty itd. A na koniec miesiąca okazuje się, że już nie ma co oszczędzać, bo wszystko przehulane.
Ok, więc teoria w obu przypadkach zbyt różowa, praktyka zaś rzadko taka sama. Więc jak ten problem rozwiązać?
Po pierwsze, prowadzić chociaż zgrubny budżet domowy, żeby wiedzieć na ile sobie pozwolić.
Jak już ten krok masz za sobą, mniej więcej wiesz, ile powinno Ci zostać na koniec miesiąca pod warunkiem, ze nie ulegniesz szałowi wydawania pieniędzy na pierdoły. W momencie, kiedy dostajesz wypłatę, liczysz ile mniej więcej powinieneś wydać w danym miesiącu na rachunki (po to ważny jest budżet). Odejmujesz planowaną kwotę wydatków od wpływów i to, co wyjdzie, to pieniądze do oszczędzenia / zainwestowania.
Tak więc jest to rozwiązanie pośrednie, bo najpierw płacisz sobie, ale kwotę, którą w powinieneś mieć na koncie po opłaceniu wszystkich rachunków. Osobiście uważam, że takie oszczędzanie “na wyrost”, przekraczające twoje możliwości, to droga do nikąd. Niestety p. Kiyosaki, uparcie promujący to rozwiązanie chyba nie zastanawia się, jak to jest, kiedy w połowie miesiąca już nie ma na nic pieniędzy. A do tego takie bezmyślne oszczędzanie może przecież prowadzić.
Pozdrawiam.


Póki co u mnie “płać najpierw sobie” działa bez zarzutu. Zaletą jest to, że nie wydaję kasy na głupoty.
Jeżeli chodzi o osoby, które w połowie miesiąca nie mają już na nic pieniędzy powinny jak najszybciej zmienić pracę lub znaleźć dodatkowe źródło dochodów.
Dawno czytałem Bogatego ojca ale z tego co mi szczególnie utkwiło w pamięci to płacenie najpierw sobie miało znaczenie przy prowadzeniu własnej działalności gospodarczej. Pracując na etacie najpierw płacisz rządowi, pracodawcy, pierwszeństwo mają też spłaty kredytów. Mając własną firmę możesz odliczać wydatki itd.
@ Salomon: u mnie także działa, ale w wersji przedstawionej tutaj. Wersja, że ktoś oszczędzi kilka stów z miesięcznego budżetu, a potem w połowie miesiąca jest możliwa szczególnie u ludzi w ogóle nie panujących nad własnym budżetem.
Czasami tylko to wystarczy, niekoniecznie zawsze potrzebna jest zmiana pracy.
@ Arek: ja raczej płacenie sobie rozumiałem, że płacisz sobie najszybciej, jak to możliwe. Jasne, że najpierw pobierane z wypłaty są podatki, składki i tym podobne, jednak na to nie masz wpływu jako pracownik etatowy. Więc chodzi raczej o tę kasę, na która masz wpływ.
Definitywnie powinno się płacić sobie najpierw, ale nie w sposób tak hardkorowy, jak opisywał to Kiyosaki.
IMHO gdy sytuacja jest na tyle ciężka, że co rusz trzeba się posiłkować funduszem awaryjnym, to wtedy powinno się zaprzestać systematycznego oszczędzania, a skupić na oszczędzaniu na bieżących wydatkach i ogólnie – cięciu kosztów.
Powód banalny: nie ma co “dla zasady” robić co chwilę przelewów na rachunki oszczędnościowe i z powrotem na konto główne, bo to tylko stwarzanie iluzji oszczędzania.
Za jakiś czas sytuacja się ustabilizuje i można będzie wrócić do systematycznego płacenia sobie najpierw.
Tak w kwestii technicznej: salmon a nie Salomon (mała litera też jest ważna) :)
Ja jednak będę się trzymał wersji płacenia sobie na samym początku, takie działanie zmusza nas planowania budżetu, a nie że “trochę sobie oszczędzę jeżeli mi coś zostanie”
Moim zdaniem oszczędzanie na początku miesiąca ma znaczenie przede wszystkim psychologiczne – co z oczu, to z serca. Przy czym nie mówię tu o czteroosobowej rodzinie, która żyje za 2000zł, tylko o mniej trudnych przypadkach.
Jeśli odkłada się te pieniądze np. na konto oszczędnościowe, to zawsze pod koniec miesiąca, w razie jakiejś awaryjnej sytuacji można po nie sięgnąć – zwykle jeden przelew miesięcznie jest bezpłatny. I większość ludzi skorzysta z tego, jeśli wydarzy się jakiś nieprzewidziany wydatek itp. Ale nie wydadzą tych pieniędzy na impulsywne zakupy. Zresztą to, że trzeba dzień poczekać, zanim pieniądze z konta oszczędnościowego będą dostępne, też ułatwia zastanowienie się nad zachciankami.
Poza tym zawsze, nawet jak ma się bardzo mało, można oszczędzać niewielkie kwoty. Odłożenie 30 zł jest lepsze niż zerowe oszczędności.
U mnie działa to tak:
* dostaję wypłatę,
* od razu przelewam na osobne konto “na życie” odpowiednią kwotę, która wystarczy na rachunki, żarcie, i inne tego typu bieżące wydatki,
* resztę w całości odsyłam do oszczędności, zostawiając część jeśli planuję jakieś wydatki.
Jeśli mi zabraknie na nieprzewidziane wydatki, zawsze mogę zapożyczyć się z własnych oszczędności. :)
@ salmon: ok, będę pamiętał (także żeby odpowiadać po wypiciu chociaż jednej kawy :)
@ mirabelka – jasne, że można i tak, niestety obawiam się że dla ludzi o słabszej woli to może być zbyt mała bariera. Dodatkowo, w moim banku nie muszę czekać aż całego dnia na przelanie kasy z rach. oszczędnościowego na rozliczeniowy.
a w eurobanku nie ma chyba nawet limitow jesli chodzi o przelewy z oszczednosciowego na rozliczeniowy ;) cóż wszyscy wiemy, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ja już przed wypłatą wiem ile w tym miesiącu przeleje na oszczędnosci i jak tylko się pojawi się to tak robie, czyli chyba faktycznie najpierw płace sobie ;)