Na giełdzie od dłuższego czasu notowane są przeróżne instrumenty oprócz akcji i obligacji.
Głównie mam tu na myśli produkty strukturyzowane naśladujące zmiany cen jakiegoś aktywa. Można więc wybierać spośród surowców rolnych, metali przedstawionych razem w koszyku lub osobno – złoto, srebro itp. Podobnie rzecz ma się z surowcami energetycznymi, jak ropa, czy gaz. Akurat tę inicjatywę oceniam bardzo pozytywnie, bo niby dlaczego polski inwestor, który niekoniecznie chce mieć rachunek u zagranicznego brokera i niekoniecznie chce inwestować na lewarze, nie miałby korzystać ze wzrostów cen surowców (a w przypadku ropy nawet spadków).
Mniej pozytywnie, ale nadal na plus oceniam certyfikaty naśladujące zmiany jakiegoś indeksu giełdowego, bo jeśli ktoś chce czerpać zyski takie jak na giełdzie kazachskiej, czy niemieckiej, droga wolna. To chyba też na chwilę obecną najlepsze rozwiązanie dla drobnych inwestorów – zwolenników inwestowania indeksowego (inna sprawa, że nie ma co liczyć na dywidendy, jeśli w którejś ze spółek z indeksu bazowego będzie ona wypłacona).
Z czasem jednak zaczęły się pojawiać coraz dziwniejsze certyfikaty. Już wyjaśniam o co mi chodzi.
Otóż niedawno dowiedziałem się, że Raiffeisen Centrobank AG wprowadził na polską giełdę certyfikaty naśladujące w stosunku 1:1 zmiany cen różnych akcji austriackich, węgierskich i tureckich. Ok, niby cel dobry, bo można zainwestować w poszczególne spółki z innych krajów, nawet posiadając rachunek w tylko polskim biurze maklerskim. Ale zastanówmy się teraz, co tak na prawdę wie lub czego może się dowiedzieć np. o spółce Haci Omer Sabanci Holding AS inwestor w Polsce? Inwestor, który pisze te słowa przyznaje się, że do niedawna nawet nie wiedział, iż taka spółka istnieje.
Podejrzewam, że podobny do mojego zasób wiedzy odnośnie tej spółki prezentuje 99,99% inwestorów z polskiej giełdy. Czyli jak w czeskim filmie – nikt nic nie wie.
Idźmy dalej. Animator tych certyfikatów zarabia zapewne na spreadzie, każdego dnia w arkuszu zleceń po stronie kupna i sprzedaży coś tam jest wstawione, a przynajmniej było, kiedy bliżej interesowałem się certyfikatami obstawiającymi najpierw wzrost, a potem spadek cen ropy. I teraz, nie wiem, czy po pierwsze animatorem jest (lub nawet może być) emitent tych certyfikatów, a po drugie, nawet jeśli jest, to na prawdę nie wiem na co liczy. Otóż ilość transakcji na tychże certyfikatach (ogólnie wszystkich Raiffeisena) to w nielicznych przypadkach kilkaset lub nieco ponad tysiąc sztuk. Pozostała większość to na ogół zerowy obrót. Zerowy obrót wykazują nierzadko nawet certyfikaty na indeksy giełdowe, a zdobycie informacji na temat indeksu lub koniunktury gospodarczej kraju, w którym indeks bazowy jest notowany, jest o wiele łatwiejsze niż zbobycie informacji o spółce. Jasne, że jeśli ktoś inwestuje tylko w oparciu o analizę techniczną, to coś tam jeszcze znajdzie, ale już długodystansowiec – fundamentalista ?
Tak więc na prawdę nie wiem, czym podyktowane jest pakowanie nowych certyfikatów na GPW, skoro w dotychczasowe mało kto inwestuje. Może ktoś z Czytelników orientuje się w czym rzecz? Jeśli tak, to proszę o komentarz.
Pozdrawiam.


Witam,
Jeżeli mogę coś dodać to gra na tych certyfikatach ze względu na animacje (czasami jej brak) oraz bardzo szerokie spready jest dość trudna i myślę że to jest z jednym z powodów małego zainteresowania.
Pozdrawiam
Yetika
No co racja to racja, spready są duże, przez co bardziej aktywny handel w ogóle nie wchodzi w grę