… czyli problem zupy pomidorowej.
Wczoraj napisałem, że w zasadzie nie ma dochodu pasywnego, a jedynie praca mniej absorbująca. Podjęcie takiej pracy to sposób, by nie zmuszać się do czynności zarobkowych (pewnie chyba każdy od czasu do czasu myśli sobie rano: “kurcze, dzisiaj znowu muszę tam iść :/ ). Mimo, że taka możliwość istnieje, cała masa ludzi nadal tkwi w pracy której nie lubi tylko dlatego, że nie ma innych perspektyw (przecież można je sobie stworzyć), nie chce im się, albo nie mają odwagi zmienić tego stanu rzeczy. A do pracy chodzić muszą, bo mieszkanie kosztuje, jedzenie kosztuje, nie mówiąc już o jakichkolwiek wygodach, czy przyjemnościach.
Tak więc mamy całą armię ludzi – dobrowolnych niewolników. Generalnie odskocznią od szarej zarobkowej rzeczywistości może być posiadanie jakiegoś hobby, ale moim zdaniem jest to rozwiązanie na krótką metę, bo normalne 8 godzin w nie lubianej pracy zmieni się w 8 godzin czekania, aż ta praca się skończy po to, by móc oddać się przyjemnościom związanym z realizowaniem hobby. Nie lubiana praca staje się więc jeszcze bardziej nie lubiana.
Jest jeszcze jeden sposób, by pracy nie nienawidzić, bardzo prosty: pracować w zawodzie, który lubimy, który jest naszą pasją.
Plusów jest cała masa. Po pierwsze 8 h nie stanowi już żadnego problemu, bo jeśli ktoś daną pracę naprawdę lubi, to czas się dla takiej osoby nie liczy. Po drugie – idziemy do pracy z entuzjazmem, a więc każdą czynność wykonujemy dokładnie i z należytym poświęceniem, a to – jeśli zauważone przez szefa – może wpłynąć na awans.
Trzecia rzecz – rozwijamy swoją pasję także po pracy, np. czytając fachowe magazyny, poszerzając wiedzę. Stąd także niedaleka droga do awansów i większych wypłat, bo stajemy się osobą niezastąpioną w firmie, a za obecność takiej osoby świadomy szef na pewno zechce więcej zapłacić bo i jemu się to opłaca.
Generalnie wszyscy zyskują – pracownik ciekawe zajęcie i lepsze wypłaty plus uznanie, szef dobrego pracownika (stosunkowo) niewielkim kosztem, firma dzięki lepiej wykwalifikowanym pracownikom zdobywa lepszą pozycję rynkową.
Co więc tutaj robi jakaś pomidorowa zupa?
To takie moje określenie problemu, chodzi o to, że kiedyś bardzo lubiłem pomidorową zupę. Niestety, w pewnym okresie jadłem ją często, przez co w końcu mi obrzydła.
Z pracą w wymarzonym zawodzie jest ten sam problem, chociaż pewnie nie będzie dotyczył wszystkich. Jest to problem „przejedzenia” – w końcu ulubione zajęcie, powtarzane dzień w dzień już nie daje takiej satysfakcji. Raz, że monotonia może każdego wykończyć, a dwa, że wraz z nabywaniem nowej wiedzy i umiejętności w danej dziedzinie, jest coraz mniej do nauczenia się, do poznania – może to zniechęcać szczególnie osoby lubiące się uczyć i lubiące nowe wyzwania.
Uprzedzając komentarze, że chcę wprowadzić jakiś ponury nastrój w temat zarabiania, pragnę tylko dodać, że nie o to mi chodzi. Podejście dzisiejsze promuje Brian Tracy, zaś podejście opisywane wczoraj, wielu innych autorów z Robertem Kiyosaki na czele. Obaj panowie raczej piszą o korzyściach promowanych przez nich sposobów na utrzymanie i w zasadzie trudno odmówić im w tym zakresie racji – korzyści są, chociaż może trochę podkolorowane. Ciemne strony przedstawionych w ich książkach metod zarobkowych zaś to pod względem objętości minimum, o ile w ogóle coś na ten temat w publikacjach obu panów jest. Ja zaś do ich beczek miodu chciałbym dorzucić małą łyżeczkę dziegciu, tak dla równowagi.
Pozdrawiam.

