Wiem, że ogólnie w internecie, pośród bardziej doświadczonych inwestorów panuje pogląd, iż nie warto inwestować w fundusze. Argumenty przeciwników funduszy sa poważne, na pierwszym miejscu wysokie w Polsce opłaty, a zaraz na drugim argument, że mało który fundusz pokonuje rynek.
Oba są oczywiście zasadne i nie mam zamiaru się z tymi argumentami spierać.
Sęk tkwi w czym innym. Otóż nie każdy jest dobrym, doświadczonym inwestorem i być może nie każdy chce nim zostać. Zatem dzisiaj rozważania na temat sposobu na finansowy sukces proponowanego przez m.in. Briana Tracy. Dla niezorientowanych pokrótce opowiem na czym sposób ten polega. Otóż p. Tracy zaleca, by podnosić swoje kwalifikacje, pracować coraz efektywniej, by jak najwięcej zarabiać, niekoniecznie zaś zaleca otwarcie własnej firmy, czy nieruchomości na wynajem. Oczywiście zarabianie samo dla siebie, albo po to, by więcej wydawać na bezsensowne zakupy nie jest celem tych wszystkich zabiegów. Jest nim osiągnięcie stanu w miarę wygodnego życia, a jednocześnie oszczędzania i inwestowania nadwyżek finansowych (brzmi znajomo, nieprawda?), które w efekcie da relatywnie spory majątek. W co zainwestować, tego już Brian nie określa, stwierdza tylko, że warto jest znaleźć nie wymagające za wiele zachodu inwestycje, które dają 8 – 12% średniorocznie.
W tym momencie można się spierać o co chodziło Tracy’emu, ja jednak wyczytuję tutaj między wierszami, że może to być agresywny fundusz inwestycyjny, w który nasz wysoko opłacany specjalista inwestuje realizując strategię regularnych zakupów.
Przemyślmy to. W naszym przykładzie mamy człowieka, który jest specjalistą, a więc sporo czasu, energii poświęca pracy i jest w niej na prawdę dobry, za co dostaje sowite wynagrodzenie. W zasadzie jest to jeden z całkiem sensownych sposobów na wysokie przychody, niestety wiąże się z pracą w normalnym czasie pracy i dodatkowo podnoszeniem kwalifikacji w czasie wolnym od pracy, a to nie każdemu odpowiada. Przypuśćmy jednak, że ktoś chce iść tą drogą.
Czy jest sens, by ślęczał kilka lat na uczeniu się giełdy (co na ogół wiąże się z zapłaceniem “frycowego”), rozpraszaniu swojej uwagi i energii na sprawy inne niż te, które dają mu najwięcej pieniędzy? Moim zdaniem nie i taka osoba o wiele lepiej zrobi inwestując w dobrze zdywersyfikowany fundusz inwestycyjny, nawet jeśli opłaty w funduszu są takie wysokie jak w naszym kraju. Dlaczego akurat tak myślę?
Załóżmy, że rozpraszanie energii i uwagi na inne sprawy spowoduje, że nasz hipotetyczny specjalista etatowy będzie zarabiał o 20% mniej, ale za to nie poniesie opłaty w wysokości 5% w skali roku w funduszach. Przy tym nie ma żadnej gwarancji, że będzie lepszy od funduszu.
Założmy, że początkowo zarabia 10 000 PLN miesięcznie, z czego 20% oszczędza w funduszach. W skali roku ulokuje w funduszu 24 000 PLN, przy założeniu, że fundusz nie zmieni wartości przez cały rok, w opłatach zostanie “zjedzone” 1 200 PLN (zakładam opłaty 5% w skali roku), a więc inwestor ma 22 800,-. Potem zaczyna sam inwestować na giełdzie, zarobki spadają o 20%, bo w swoim zawodzie nie jest już takim specem, inwestuje już tylko 1 600 PLN miesięcznie. Nawet gdyby z jakichś powodów nie ponosił kosztów prowizji maklerskich, miałby 19 200 PLN. W sytuacji łagodniejszej, w której jego zarobki spadły ledwie o 10%, to i tak kwota oszczędności wyniosłaby 21 600 i byłoby to nadal mniej niż w wersji nr.1 z opłatami.
Warto zatem się zastanowić, czy skóra jest warta takiej wyprawki, a nade wszystko każdy przypadek rozważać indywidualnie.
Pozdrawiam.

