Niektórzy ludzie nigdy nie generują nadwyżek finansowych, bo można by rzecz, że “pieniądze ich parzą”. Znam ten stan, gdyż sam jakąś dekadę temu postępowałem podobnie, ewentualnie jak coś uciułałem, to prędzej czy później nadchodził moment wyzerowania rachunku. Na szczęście już dłuższy czas mi się to nie zdarza. Zapewne ludzi, którzy niezależnie od wysokości wypłaty zawsze coś zaoszczędzą – jest więcej.
Część z tych oszczędnych inwestuje jakoś pieniądze, ale jest też część, która za żadne skarby nie otworzy nawet lokaty w banku. Ich motywy to najczęściej:
- Niewiedza – szczególnie ludzie starszej daty oszczędzają pieniądze składając po prostu banknoty w jakiejś skrytce. Osobiście mnie to trochę dziwi, bo przecież ludzie ci widzieli już niejedno, także galopującą utratę wartości polskiej waluty w latach 90, a mimo to nadal wierzą w nienaruszalną wartość papieru. Niestety – inflacja cały czas działa i nie zwraca uwagi na to, co ktokolwiek myśli sobie o pieniądzach.
- Szczególny rodzaj osobowości – konkretnie mam na myśli osoby, twierdzące, że banki to złodzieje, karty płatnicze i rachunki bankowe to oszustwo, a jedyne prawdziwe pieniądze, to te w portfelu. No cóż, dyskusja z takimi osobnikami jest ciężka i nawet nie warto ich przekonywac do swoich racji.
Dzisiejszy wpis jest natomiast dla osób, do których jednak jakieś racje przemawiają. Skoro wiemy, że pieniądze nieustannie poddawane są działaniu inflacji, warto byłoby z nimi coś zrobić.
To “coś” oznacza, że pieniądze trzeba zaprzęgnąć do jakiejś pracy, by przed inflacją się broniły, a jeszcze lepiej, żeby ją pokonywały przy okazji mnożąc się.
W zasadzie to, w co zainwestuje się pieniądze, nie ma większego znaczenia. Oczywiście fajnie, jak będą to inwestycje zyskowne, ale faktem jest, że nawet stratna inwestycja jest lepsza niż przehulanie pieniędzy z nadwyżek. Dlaczego?
Ano, jeśli na inwestycji mamy 5, 10, ba, nawet i 50% straty, to nadal zachowujemy odpowiednio 95, 90 lub 50% oszczędzonych pieniędzy, nawet można przeczekać burzę i w dłuższej perspektywie czasowej wyjść na plus. A jeśli kupimy jakieś zbędne graty? Chwila radości, a potem – już dłuższa – chwila refleksji nad straceniem 100% wyłożonych pieniędzy.
A inwestować można praktycznie we wszystko, o co ciekawszych pomysłach pisałem wczoraj. Ponadto można przecież zainwestować tradycyjnie – w firmę własną lub z giełdy, a nawet kiedyś pisałem o ciekawej inwestycji w dojne krowy (nie w kontekście macierzy BCG, tylko w tradycyjnym rozumieniu) na wynajem. Dla wielu – bardziej zaawansowanych inwestorów – fundusze inwestycyjne będą złem koniecznym, ale i one mają swoich odbiorców, no i przecież odpowiednio wykorzystane także mogą być zyskowne.
Tak więc to, w co ulokuje się pieniądze, to sprawa drugorzędna. Ważne, by nie leżały one gdzieś bezczynnie, a jak ktoś MUSI mieć zawsze chociaż trochę gotówki, polecam regularne nabywanie dwuzłotówek ze stopu nordic gold, cały czas zachowują przecież wartość nominału (np. w nagłej konieczności skorzystania z nich), a po kilku latach mogą ładnie nabrać wartości i będą ciekawym urozmaiceniem portfela inwestycyjnego.
Pozdrawiam.


Dodalbym jeszcze jedna kategorie, ktora czesto sie wypowiada w internecie: “Pewnie, ze cos tam moglbym oszczedzac, ale po co skoro i tak inflacja zezre”.
A no tak, słuszna uwaga.
Zawarłeś bardzo istotną uwagę w tym wpisie. Przed zakupem czegokolwiek wystarczy się zapytać samego siebie – “Czy mi to jest w ogóle potrzebne?”. Podejrzewam, że połowa populacji kupuje całkiem zbędne rzeczy czy to skuszona reklamą, czy jakąś niepojętą dla mnie “cygańską” mentalnością (w Ameryce określaną jako Blink-Blink).