Dzisiaj krótko o tym, że specjaliści także mogą się mylić – na przykładzie pewnej instytucji. Nie chcę wymieniać nazwy, bo jak się niedawno okazało, firmy o których piszę tutaj posty też je czytają. Więc opiszę tylko ogólnie, w czym rzecz, żeby nie psuć ewentualnych kolejnych emisji certyfikatów funduszu który mam na myśli.
A mowa o pewnym funduszu zamkniętym.
Jego historia była mniej więcej taka, że kilka lat temu była pierwsza publiczna emisja. Podczas reklam – chwytliwe hasła, typu “poprzedni inwestorzy (ci z oferty niepublicznej znaczy się) zarobili 102%, zainwestuj i Ty“. Zaraz po emisji cena podskoczyła o 15% – takie wtedy były czasy, że wszystkie fundusze zamknięte rynek wyceniał z premią, czasem zbyt dużą, nie ważne, czy fundusz zarabiał, czy nie. Tendencja była wtedy taka, że inny niż omawiany fundusz zamkniety – Investor FIZ – miał całkiem niezłe wyniki inwestycyjne i zaufanie inwestorów do tego funduszu spływało zapewne też na inne.
Potem zaczęła się bessa i wszystko poleciało na łeb. Także wycena giełdowa naszego bohatera. Niezorientowanym w temacie dodam, że oprócz tego jak wycenia giełda, jest jeszcze wycena przypadająca na certyfikat przeprowadzona przez niezależnych audytorów. W ten oto sposób – nie trzeba bawić się w samodzielne wyceny.
Mimo bessy, fundusz o którym mowa (konkretnie wycena “niegiełdowa” jego certyfikatu), cały czas dynamicznie zyskiwał, co właśnie pokazywały wyceny niezależnych audytorów. Żeby było jeszcze lepiej, giełda wyceniała jego certyfikaty na około połowę wyceny sporządzonej przez towarzystwo. W zasadzie – wydawało się to doskonałą inwestycją: fundusz cały czas zwyżkował w tempie około 30% w skali roku, a na dodatek na giełdzie na jego zakup była promocja.
W pewnym momencie wycena funduszu sporządzona przez towarzystwo nim zarządzające znacznie się obniżyła. Przypominam, że to nie fundusz wyceniał swoje własne aktywa, robili to spece. Oczywiście sukcesy funduszu były trąbione na prawo i lewo i w zasadzie nic dziwnego w czasach kiedy giełda była 50% pod krechą. Późniejsze “oklapnięcie” wyceny miało miejsce – jak się okazało wskutek “pomyłki niezależnego audytora przy wycenie aktywów”.
I co w takim momencie? W funduszach otwartych oczywiście wmawia się klientom, że akcjami handlują specjaliści. Nawet jeśli zarządzający w funduszu otwartym prywatnie jest świetnym inwestorem, to jednak ograniczenia ustawowe, wielkość aktywów jakie ma w zarządzaniu i jeszcze cała masa innych czynników sprawiają, że można go przyrównać do biegacza, który ma wygrać bieg z zakajdankowanymi kończynami. Tak więc błędy zarządzających funduszami otwartymi jestem w stanie jeszcze jakoś przełknąć, jeśli już w nie inwestuję, to od razu biorę poprawkę na to, że prawdopodobnie fundusz będzie gorszy od benchmarku. Jeśli okaże się lepszy, to po prostu traktuję to jako miły dodatek.
Jednak w opisanym przykładzie to nie zarządzający dał ciała. To ktoś, kto tylko ma określić ile są warte aktywa funduszu. Ktoś zapewne z bajecznie wysokimi kwalifikacjami do wykonywanego zawodu. I taka osoba najzwyczajniej SIĘ POMYLIŁA! W dodatku pomyliła się aż o kilkadziesiąt procent. I jak tu mieć zaufanie do funduszy?
Tak więc proponuję w każdej strategii inwestycyjnej, o ilę zawiera się w niej jakikolwiek element “zewnętrznych specjalistów”, od razu korygować jej założenia o ewentualny błąd owych specjalistów.
Pozdrawiam.


Albo wyedukować się na tyle, żeby można było ich “opinie i przewidywania” w zupełności pomijać ;-)