Wczoraj wieczorem pisałem – pośrednio co prawda – o modach na różne rzeczy. Dzisiaj temat będzie kontynuowany, ba, dla równowagi nawet zahaczę o ekologię :)
W inwestowaniu wyróżniamy przeróżne mody, a to MIŚ – ie, a to “Nowa Europa“, “BRIC“, czy wychodząc poza nasze podwórko – “MENA” i tym podobne. Nie ważne, czy mody te są słuszne, fakt, że na MIŚ – iach ludzie zarabiali, na Eowej Europie, “cegłach” i innych w zasadzie też. Wszystko ma swój czas, nawet dało się kiedyś bardzo dawno zyskiwać na spekulacji cebulkami tulipanów, wartość niejednego domu była niższa niż jednej cebulki.

Jest jeszcze jedna moda, określana mianem inwestycji alternatywnych. Pojęcie szerokie i można by rzec, że czasami niepotrzebnie poszerzane.
Dla przykładu – większość z wymienionych wyżej typów funduszy może być określana mianem funduszy hedge (szczegóły tutaj), które to określenie chyba jednoznacznie kojarzy się z rozwiązaniami alternatywnymi, w dodatku takimi, które obiecują generowanie zysków bez względu na warunki giełdowe. Nie mnie to oceniać, ale jakoś tak bardziej pasuje mi określenie fundusz akcyjny / mieszany / obligacyjny rynków wschodzących.
Idźmy dalej. Jako alternatywne inwestycje przyjmuje się różne działania kolekcjonerskie. Kiedyś już opisywałem “pióra inwestycyjne“, gdzieniegdzie można spotkać dawne papiery wartościowe (w formie drukowanej, obecnie już nigdzie nie stosowane) traktowane jako inwestycję. Nie widzę nic złego w posiadaniu kolekcji fajnych piór, wódek, czy starych papierów wartościowych, sam mam kilka kolorowych butelek cieszących oko, a ściany zdobią kolejowe akcje i obligacje. Sęk w tym, że to po prostu zwykła kolekcja, a nie inwestycja. Obrazy to przede wszystkim też kolekcja, kolekcjonerzy nie nabywają ich przecież po to, żeby zrobić 30% w rok, tylko z chęci posiadania dobrego obrazu. No chyba, że traktować takie zakupy w kategoriach: kupię i potem poszukam frajera któremu zaraz sprzedam drożej.
Niestety, ci, co na siłę podciągają pióra pod alternatywne inwestycje, wymyślają jeszcze dodatkowo określenia, podkreślające “inwestycyjność” takich inwestycji. Modne ostatnio określenie: Emocjonalna dywidenda hehe :)
Na szczęście oprócz funduszy hedge i lokat strukturyzowanych są jeszcze inwestycje alternatywne, będące rzeczywiście inwestycjami. Modna ekologia u naszych zachodnich sąsiadów spowodowała tworzenie iście alternatywnych “zielonych funduszy”. Nie mam tu na myśli zwykłych funduszy akcyjnych, które inwestują w spółki “eko”. Takie fundusze zazwyczaj są naciągane, bo posiadanie w portfelu udziałów elektrowni, co sobie zamontowały instalacje odsiarczania spalin nie jest wcale takie “eko”. To po prostu norma w energetyce, a dla elektrowni raczej biznes – odpadem z odsiarczania jest gips syntetyczny, modny w budownictwie materiał, który można przecież sprzedawać.
Chodzi mi o rzeczywiście nowatorskie, proekologiczne rozwiązania, przede wszystkim z zakresu energetyki odnawialnej. Niedawno gdzieś widziałem fajny program, w którym pokazywane były farmy wiatrowe (to już nawet u Nas nie wzbudza sensacji), ale też elektrownie słoneczne. Najbardziej podobało mi się, że takie przedsięwzięcia finansowane były przez fundusze. Przykładowo – ludzie w wiosce zrzucali się na zakup instalacji i każdy posiadał w interesie stosowny udział i zgodnie z jego wielkością otrzymywał zyski ze sprzedaży prądu. Jeszcze inny, ciekawy przykład połączenia przedsiębiorczości i ekologii – wynajem dachów pod instalacje przetwarzające światło słoneczne na prąd.
Jak dla mnie, to jest rzeczywisty, alternatywny sposób inwestowania. Sposób przejrzysty, wiem na czym zarabiam, na co wyłożyłem pieniądze i wiem w jaki sposób moje zyski sa wyceniane. Dla kontrastu – skąd wiadomo, że pióro ma taką a nie inną cenę? I z czego biorą się zyski przy sprzedaży pióra? Czy aby nie z tego, że znalazł się naiwniak, który zechciał przepłacić?
Pozdrawiam.

