Dziennie zaglądam do kilku blogów w polskiej blogosferze. W 99% przypadków takich blogów – tematyka wiadoma. Nie chcę tu wymieniać konkretnych bloggerów, bo ulubiony blog to subiektywna ocena. Zbyt subiektywna nawet jak na prezentowane przeze mnie czasem poglądy. Jeden internauta bardziej martwi się o zbliżający się termin spłaty raty kredytu, inny szuka poparcia dla swoich zamiarów inwestycyjnych u bloggerów. Dlatego powstrzymam się od wskazywania najlepszego bloga, numeru dwa i trzy. Wspominam o blogosferze z innych względów.
Znaczna częśc bloggerów, stawia sobie cel: Zdobycie niezależności finansowej. Obojętnie w jaki sposób, handlując na allegro i oszczędzając pozyskane w ten sposób pieniądze, spłacając wcześniej kredyt zaciągnięty na mieszkania pod wynajem, albo inwestując.
Jednocześnie obok dość mglistego i mało precyzyjnego celu osiągnięcia finansowej niezależności, w większości przypadków jest bardziej konkretny cel. Najczęściej milion złotych, czasem trzy miliony. Własciciele blogów prezentują też zazwyczaj jakiś algorytm, jak chcą tę kwotę osiągnąć. Jeden dzieli sobie cel “milion za dziesięć lat” na mniejsze kawałki: “za rok XXXX PLN, za dwa XXXXX PLN” i tak dalej. Inny z kolei określa sobie, że co miesiąc oszczędzi z zarobków XX% pieniędzy, bez określania sztywnych ram czasowych, kiedy ma osiągnąć milion.
Każde z tych podejść jest okej, tyle że samo działanie nie pasuje do dążenia do finansowej niezależności. To znaczy na pewno nie bezpośrednio, bo pośrednio to może jakąś okrężną drogą tak.
O co chodzi?
Zacznijmy od tego, czym jest finansowa niezależność – to zdolność utrzymania się z dochodów pasywnych, czyli bez chodzenia do pracy, żyjąc z dokonanych wcześniej inwestycji. Zatem skąd tu milion, dwa czy trzy?
Biorąc pod uwagę dzisiejsze realia rynkowe domyślam się o co chodzi przyszłym milionerom. Zapewne ich główkowanie wygląda tak:
Zdobędę milion, wrzucę na lokatę na 5% rocznie z wypłatą odsetek co miesiąc, netto wyjdzie to 40 500 PLN w skali roku, czyli 3 375 PLN miesięcznie. Raczej da się z takiej kwoty wyżyć.
Przy dzisiejszych realiach wygląda to jak najbardziej zasadnie. Ale podkreślmy, przy dzisiejszych realiach, a nie za 10 lat… Bo kto wie, co będzie za 10 lat?
A może wybuchnie inflacja (co jest całkiem prawdopodobne przy obecnym tempie drukowania pieniędzy) i co roku pieniądze będą tracić na wartości po 25%… Przypomina mi się jakiś niedawno czytany w necie artykuł o krajach, gdzie w lokalnej walucie można zostać milionerem już za nawet 600 złotych. Wracając do inflacji – wtedy, za te 10 lat milion będzie miał wartość dzisiejszych… policzmy:
1 000 000 * (100% – 25%) ^ 10 = 56 313 PLN.
Policzmy teraz 5%, jake daje lokata od tej kwoty:
56 313 * 5% = 2 815,65 PLN
Czyli jeśliby się taki czarny, mocno inflacyjny scenariusz sprawdził, nasz milioner musiałby sobie poradzić cały rok z przeżyciem za pieniądze o mocy nabywczej dzisiejszych niecałych trzech tysięcy. Śmiem twierdzić, że może być kiepsko.
Co chciałbym w tym momencie zaproponować?
Wydaje mi się, że jeśli bardziej zależy Ci na finansowej niezależności, nie jest dobrze skupiać się na konkretnej kwocie do zdobycia. Raz, że może wystąpić wspomniana inflacja, a dwa, że całkiem możliwe, że będziesz pracował po prostu o wiele za długo w porównaniu do tego, czego wymaga osiągnięcie finansowej niezależności.
Prześledźmy na przykładzie: nabędziesz 4 mieszkania po 150 000 każde, czyli łącznie za 600 000. Wynajmujesz wszystkie, kredyty w końcu się spłacą (jeśli jakieś były, możesz też kupić za gotówkę), a z każdego mieszkania otrzymujesz dajmy na to po 1 000 PLN. Razem, po uwzględnieniu pustostanów masz średnio w miesiącu 3 000 z dochodów z najmu. Nie jesteś milionerem, ale jesteś niezależny finansowo. Lokaty rzeczowe, jak chociażby nieruchomości, mają też tę fajną właściwość, że ich ceny raczej podążają w dłuższym terminie za inflacją, podobnie jak ceny najmu mieszkań.
Oczywiście to wcale nie muszą być mieszkania. Głośno ostatnio jest o hazardzie, natomiast kiedyś wpadł mi w ręce artykuł opisujący zawodowych (nie nałogowych, ale chłodno kalkulujących) graczy, regularnie czerpiących zyski z gry na przykład na zakładach bukmacherskich. Może przykład ani nie godny polecenia, ani też niezupełnie będący esencją dochodu pasywnego, ale fakt, że niektórzy z graczy zgarniali 3 – 4 tysiące złotych miesięcznie ze swojego systemu gry robi wrażenie.
I własnie na tym powinieneś się skupić: czy dochody, te które uzyskujesz poza pracą, pozwoliłyby Ci przeżyć przez chociaż miesiąc? Jeśli odpowiedź brzmi “nie”, to raczej nie myśl ile setek tysięcy pozostało Ci jeszcze do dozbierania do miliona, a pomyśl o tym jak zwiększyć dochody pasywne. Na pewno na chwilę obecną, dużo łatwiej jest zorganizować źródło dodatkowych kilku stówek dochodu, niż dozbierać 100 000 PLN (pomijam ludzi zarabiających powyżej 10 000 netto). Nie oznacza to, że nie warto oszczędzać, po prostu głównym celem człowieka, który w przyszłości chce być finansowo wolny, powinna być finansowa wolność, a oszczędzanie jest pozytywnym nawykiem wspomagającym osiągnięcie głównego celu. Niby “oczywista oczywistość” a wielu o niej zapomina.
Pozdrawiam.


Z tym osiągnięciem niezależności finansowej wszystko jest fajnie , tylko:
teraz pracujemy, gonimy za pieniędzmi, a te które zarobimy inwestujemy (w co już każdego indywidualna sprawa), aby osiągnąć nasz cel finansowy (życie z odsetek czy innych nie wymagających pracy źródeł dochodu).
Ostatnio rozmawiałem z kilkoma starszymi ok 50-60 lat biznesmenami , i pytałem ich o to czy nie mają ochoty sprzedać firmy , kupić dom w ciepłym kraju i nic nie robić.
Odpowiedzi były z reguły w tym samym kontekście:
Że na początku jak zaczynali myśleli o tym żeby zarobić tyle żeby żyć z odsetek, ale jak już wpadnie się w wir zarabiania i pracy nad swoja firmą, to nie można po prostu tak nagle przestać pracować i nic nie robić.
Sam jak się nad tym zastanawiam to nawet w moim wieku 34 lat,mając dochody np z odsetek na poziomie 20 tys miesięcznie(których jeszcze nie mam), nie wyobrażam sobie żeby rano wstać i nie jechać do firmy i zarabiać.
Co niby miałbym robić ? Wypić kawe i gapić się w seriale w T V.Wyjazdy na wieczne urlopy tez się pewnie znudzą, nawet hobby , konie motocykle czy cokolwiek innego przestają bawić jak się ma tego przesyt.
Człowiek jest zadowolny z siebie jak wyznacza sobie coraz to nowe cele, dąży do nich , a kiedy je osiągnie, wyznacza sobie nowe trudniejsze do osiągnięcia cele.
A pieniędzy wiecznie będzie “za mało” zarobisz 100 tyś miesięcznie to będziesz potrzebował 200 (bo chciałbyś zainwestować w coś na co potrzeba 10 mln), i koło się zamyka, wiem z doświadczenia :).
Mirek
Dzięki za koment, poruszyłeś ważny temat. Wiesz, ja myślę, że dałbym radę nie iść do pracy i nie gapić się w seriale. Ale chciałem się odnieść do biznesmenów – praca nad swoją firmą to jest taki temat trochę niejednoznaczny. Mógłbym powiedziec, że dla niektórych ich własna firma jest jak dziecko, czują się z nią emocjonalnie związani. Innym przypadkiem może być, że ulubionym zajęciem takich ludzi jest generowanie gotówki
Kurcze nacisnęło mi się “wyślij komentarz” niechcący…
Ciąg dalszy:
Zwróć uwagę,że ludzie żyjący chociażby z programów partnerskich – są tacy – teoretycznie nic nie muszą robić. Ale to tylko teoria. W rzeczywistości dalej siedzą nad kompem, stawiają nowe strony, portale, pozycjonują strony istniejące, czy chociażby piszą bloga jako zajęcie towarzyszące całemu ich e-biznesowi. W ogóle to osobiście uważam, że całkowitej wolności finansowej nie ma, nawet jak żyjesz z tej wspomnianej lokaty, to i tak od czasu do czasu MUSISZ sprawdzić ile wynosi inflacja, a potem porównać do niej i do innych ofert na rynku swoją lokatę. W przeciwnym wypadku może się okazać, że z roku na rok tracisz moc nabywczą kapitału i po kilkunastu latach możesz zostać na lodzie.
Ale nie przeszkadza mi to w dążeniu do stanu jak najbliższego finansowej wolności, bo tak czy inaczej – mając jakiekolwiek w miarę regularne źródła chociaż częściowo pasywnego dochodu, komfort psychiczny jest o niebo większy, niż w sytuacji, kiedy ma się tylko te dwa – trzy patyki z jednej pracy i trzęsie się portkami, czy aby firma nam się nie wywróci.
Hej!
Tutaj temat został poruszony od innej strony.
Do pewnej kwoty nasze zadowolenie rośnie wprost proporcjonalnie wraz ze zwiększaniem się dochodów.]
Po jej przekroczeniu (tzw. punktu nasycenia) każdy dodatkowy pieniądz nie zwiększa naszego dobrego samopoczucia i jest traktowany neutralnie.
http://alexba.eu/2008-02-22/rozwoj-kariera-praca/pieniadze-szczescie/
Polecam i pozdrawiam!
Skąd ostatnio taki negatywizm dla bloggerów, którzy mają śmiałość postawić sobie jakieś cele. Zastanówmy się czego, prócz ciułania, można się nauczyć realizując cel zdobycia miliona. Poznawanie własnych finansów i możliwości zarządzania nimi jest moim zdaniem najważniejsze, aby jednak to zrobić warto postawić sobie możliwy do zrealizowania cel, np. taki wyrażony w jakiejś kwocie. Wynikiem naszej pracy nie musi być jednak gotówka, może to być mieszkanie czy lokal handlowy o właśnie takiej wartości. Nie demonizujmy istnienia blogów o takim charakterze bo na zorganizowanie sobie źródła dochodów pasywnych – jeśli ktoś takiego szuka – trzeba wiedzy/pomysłu, czasu, doświadczenia i pieniędzy, no i pamiętajmy, że nawet jeśli nie uwolnimy się od swojego etatu to nie zostaniemy z niczym – zdobyta w tym czasie wiedza jest moim zdaniem bezcenna. Pozdrawiam!
@ Karolina: nie chodzi mi o negatywizm. Samo stawianie celów jest dobre, bo co prawda mi niewiele udało się tak ściśle zrealizować, ale za to sama ich realizacja dała mi niesłychane korzyści. Taki mechanizm nazywany jest “korytarzem”: wchodzisz do niego po to, by zajść gdzieś w jakieś określone miejsce. Tyle, że nie wiesz, które drzwi po drodze się otworzą i dokąd Cię zaprowadzą. Może się okazać po wejściu w jedne z nich że to co za nimi naraz staje się lepsze, ważniejsze, niż początkowy cel.
I teraz: jak ktoś za bardzo jest zapatrzony w tą swoją bańkę, to może po drodze nie zauważyć otwierających się w korytarzu drzwi.
Powiem Ci, że ja też ma swój pewien cel w postaci konkretnej sumy, ale się nim nie chwalę. Już nieraz przeżyłem sytuację, że tak na prawdę postawiony wcześniej cel, którego realizację uważałem za absolutnie konieczną, z czasem stawał się po prostu nieważny.
Podsumowując:
Jeśli masz cel, to dobrze, nigdy nie wiadomo, co dobrego przyniesie Ci samo zmierzanie do niego.
Jeśli nie uda Ci się osiągnąć postawionego wcześniej celu – też dobrze, o ile umiesz przeanalizować tę sytuację, a potem wyciągnąć odpowiednie wnioski.
Jeśli uda Ci się osiągnąć cel i okaże się, że to właśnie ten cel był właściwy, daje Ci szczęście, pieniądze, czy co kto sobie fajnego wymyśli to też dobrze. A jeśli uda Ci się osiągnąć cel i jedna stwierdzisz, że to nie to, wyciągnij odpowiednie wnioski i to też będzie dobre.