Jakiś już czas słychać gdzieniegdzie o ograniczeniach w kredytowym szaleństwie. Komisja Nadzoru Finansowego szykuje już REKOMENDACJĘ T. Banki kręcą już na to nosem, bo raz, że spadnie im sprzedaż niektórych grup produktów, a dwa, że instytucje nieobjęte nadzorem KNF (Provident, Mandarynka, SMS 365) – u będą się im mogły śmiać w żywe oczy, działając dalej na tych samych zasadach, co działają. Komisja Nadzoru Finansowego chce więc dobrze, ale nie wiem, czy aby wszystkim wyjdzie to na dobre…
Co konkretnie miałaby oznaczać rekomendacja T?

Geneza
KNF chce wprowadzić obostrzenia, chroniąc zarówno banki (np. wcześniejsza rekomendacja S i jej ograniczenia na kredyty hipoteczne w walucie), ale też zwykłego Kowalskiego. Z bankami jeszcze pół biedy – w ich zarządach siedzą (teoretycznie) rozsądni ludzie, którzy raczej na szkodę banku nie zadziałają, takie powinni mieć przynajmniej intencje. Przykład wywrotki Lehman Brothers wskazuje jednak, że nie zawsze zarząd i wszelkie osoby ze szczebla decyzyjnego działają racjonalnie. A to premia za sprzedaż danego segmentu produktów, a to jakieś opcje na akcje. To są też ludzie i wydaje mi się, że dobrze się stało w naszej Polsce, że ktoś jest ponad bankami i to kontroluje.
No dobra, więc co z tą rekomendacją T, co ona mówi?
- KNF tą rekomendacją chce zakazać udzielania pożyczek bez sprawdzania zdolności kredytowej, czyli tzw. pożyczek na dowód. Niektóre banki, specjalizujące się w takich pożyczkach (do niedawna Eurobank, nie wiem, jak teraz) sporo na tym stracą. Myślę, że to bardzo dobry zapis, widziałem już kilka przypadków ludzi, zadłużonych na ćwierć miliona złotych samymi kredytami gotówkowymi, przy przychodach gospodarstwa na poziomie 2500 – 3000 na trzy osoby… Takie sytuacje biorą się właśnie z pożyczek na małe kwoty bez sprawdzania zdolności kredytowej. Niestety nie każdy pożyczkobiorca umie przeprowadzić tak proste operacje matematyczne, jak odejmowanie kolejnych rat kredytu od dochodów swojej rodziny. A potem jest dramat…
- Ograniczenie sumy rat do wysokości 50% przychodów. W sumie też dobre rozwiązanie, bo jak dotąd niektóre banki są skłonne stwierdzić, że klient zarabiający 2000 i już płacący 1300 PLN rat, ma jeszcze zdolność płacenia kolejnych rat w wysokości 500 PLN (przykład z życia, żeby nie było, że sobie fantazjuję). Czyli co, klient jest w stanie opłacić mieszkanie i się wyżywić za 200 PLN miesięcznie?
Banki w tym punkcie sporo się burzą, bo jak ktoś ma 10 000 PLN wypłaty co miesiąc, to będzie go można zakopać w raty tylko do poziomu 5 000, a spokojnie taka osoba mogłaby rat płacić więcej, przyjmując na przykład koszty utrzymania na poziomie 3 000 (w zasadzi9e do tych 50% powinno się wedle przykazania KNFu doliczyć stałe, cyklicznie ponoszone opłaty, więc pole do popisu dla banków będzie jeszcze mniejsze). W pewnym sensie ich rozumiem, bo pewnie w tę lukę wskoczą Providenty, Mandarynki i tym podobne instytucje, gdzie RRSO jest trzycyfrowe. Są też sposoby ominięcia tego ograniczenia – osoba prowadząca działalność gospodarczą może wziąć część kredytów na siebie (na osobę fizyczną), a część na prowadzoną działalność. To jednak raczej jest segment klienta, gdzie przychody są wyższe niż najniższa krajowa, toteż raczej krzywdy nikomu nie będzie. - Wprowadzenie większych zabezpieczeń przy kredytach walutowych. Klient z uwagi na ryzyko kursowe będzie zobligowany do posiadania większego wkładu własnego niż obecnie, lub zabezpieczenia w jakiś inny sposób przed tym ryzykiem (szczerze to nie bardzo wiem jak, kupując opcje walutowe?). Tutaj – moim zdaniem – kwestia sporna. Myślę, że odpowiedni sposób obliczania zdolności kredytowej w walucie, uwzględniający ryzyko kursowe, w dużej mierze załatwia sprawę. Taki sposób obliczania zdolności już ma miejsce, to samo z wymaganym wkadem własnym. Coś mi się zdaje, że tutaj KNF chce deczko przeregulować sprawę…
- Wprowadzenie jednolitych standardów obliczania zdolności kredytowej we wszystkich bankach. Jak najbardziej jestem za. W chwili obecnej banki bardziej konkurują na polu “kto da większy kredyt” niż na polu wszelkich opłat i kosztów kredytu. Może się zdarzyć (i zdarza się), że klient chciałby wziąć hipotekę z mniejszą marżą, na więcej lat w banku X. Niestety nie może, bo bank X wedle swoich procedur go dyskwalifikuje. Klient idzie zatem do banku Y, który w zamian za wyższą marżę i ogólnie gorsze warunki przyjmuje go z otwartymi rękami, bo ma mniej wymagające procedury…
- Monitorowanie zdolności kredytowej klienta przez cały czas. Dzisiaj bank sprawdza na dzień dobry czy klient ma zdolność, wypłaca kasę, a potem kliencie to już twój problem. Niby postulat szczytny, tylko co miałby bank zrobić, gdyby stwierdził, że Kowalski miesiąc po otrzymaniu kredytu wyleciał z pracy? Znajdzie Kowalskiemu pracę?
- Ujednolicenie obliczania spreadów walutowych. To też z punktu widzenia klienta rzecz korzystna. Banki zgrzytają zębami, najgłośniej te, co najbardziej golą klientów na spreadach, a w umowach kredytowych mają najwięcej drobnego druku.
I co sądzisz o planowanych zmianach?
Wydaje się, że sporo jest tutaj zapisów na korzyść klienta (wybrałem moim zdaniem najważniejsze punkty, sprawy dotyczące tylko i wyłącznie banków pominąłem), chociaż może niektórzy nie dostrzegą korzyści z ograniczenia w ratach kredytu do połowy przychodu. Trochę obawiam się o większy rozwój kredytów typu SMS 365, czy Provident. Z drugiej strony – może tę lukę wypełni Social Lending. Większa ilość pożyczkobiorców, to korzyść dla obu stron. Pożyczkodawca będzie mógł wybrać bardziej wiarygodnego pożyczkobiorcę, a pożyczkobiorcy będą mogli rzeczywiście konkurować warunkami swoich projektów. Jak na razie dzisiaj oglądnąłem sobie w TV wywiad z prezesem ING BSK, który wyraził swoje zdziwienie wobec szybko odradzającego się rynku kredytów. Zwykły obywatel może to zaobserwować w swojej skrzynce pocztowej – u mnie 90% to listy z banków, informujące, że mają dla mnie specjalną ofertę. Czy rekomendacja T tego nie spowolni (najbardziej obawiam się o hipoteki, czyli na prawdę potrzebne kredyty…)?
No ale to przed nami, czas pokaże, co z tego wyniknie. Póki co można się jeszcze zadłużać po uszy, więc hulaj dusza, piekła nie ma! :P
Pozdrawiam.


Wprowadzenie jednolitych standardów obliczania zdolności kredytowej we wszystkich bankach. – Twój przykład tu jest bez sensu. Bank X dyskwalifikuje niepewnego klienta bo ma większą awersję do ryzyka kredytowego a Y go przyjmuje bo ma mniejszą. Musi on wtedy pobierać wyższe opłaty aby wyjść na swoje. To jest normalna decyzja rynkowa i targetowanie konretnego segmentu klientów mniej lub bardziej ryzykownych.
Pomysł odgórnej regulacji oceny zdolności nie jest normalny. Popatrz na to z tej strony – Jeśli KNF zmusi banki do stosowania takich samych procedur to będzie to równoznaczne z tym, że KNF będzie decydował komu banki mogą udzielać kredytów a komu nie w bardzo dokładnych szczegółach. Wszystkie banki będą udzielać kredytów takim samym klientom którzy przejdą tą samą weryfikację. Ci którzy nie przechodzą przez sito automatycznie nie mają szans na kredyt w żadnym banku w Polsce i pójdą do Providenta. Wszystkie banki będą oferować identyczne kredyty – takie aby jak najefektywniej zarabiać na konkretnej grupie odbiorców, która przejdzie przez sito zarekomendowane przez KNF.
@ Spokojne Finanse: Wiesz, masz prawo do swojej niezależnej opinii, podobnie jak ja mam prawo do swojej. Wiesz, tak na prosty rozum, jeśli masz zdolność do obsługi raty w jednym banku i według jego wyliczeń powinno Ci jeszcze sporo pozostać, to co najmniej chora jest sytuacja, kiedy idziesz do innego banku, a tam pracownik wstukuje te same dane do czarnej skrzynki i okazuje się, że twoja wypłata minus rata kredytu i minus koszty utrzymania daje w efekcie wartość ujemną, czyli nie posiadasz zdolności do obsługi zadłużenia. Dla przykładu w samym BGŻ – możesz podać, ze jesteś z wiochy zabitej dechami i wtedy ich system wliczy Ci niższe koszty utrzymania niż dla kogoś kto mieszka w mieście. Jak podasz że jesteś z Warszawy, wtedy ich system policzyć Ci może nawet kilkukrotnie większe koszty utrzymania, a to wszystko w obrębie jednego banku. Inny bank zaś przyjmuje odgórnie, że koszty utrzymania to 400 PLN na osobę co miesiąc, nie ważne, czy masz samochód, rodzinę, jesteś z Wrocławia, czy z Wąchocka… Dla mnie to lekka anomalia. Zdolność masz, albo jej nie masz, a pozostałe parametry wychodzą Ci raczej z ratingu i na jego podstawie bank może zażądać od Ciebie wyższej marży, bo uzna Cię za klienta ryzykownego, ewentualnie może odmówić Ci udzielenia kredytu (niektóre banki odmawiają kawalerom, inne osobom poniżej 25 roku życia, jeszcze inne podejrzliwie zerkają na osoby bezdzietne).
Przykład jeszcze lepszy: Bank Millenium – nie wiem,c zy nadal tak robi, ale swego czasu najpierw badał rating klienta, czyli analityk analizował, czy osoba z takiego miasta, z takiej dzielnicy,w takim wieku, z taką sytuacją rodzinną i z tyloma dziećmi nadaje się w ogóle na klienta banku, a dopiero NA SAMYM KOŃCU, czyli nierzadko miesiąc po złożeniu dokumentów przez klienta bank badał zdolność kredytową. I były sytuacje, że najpierw millenium wysyłał do klienta syreni śpiew, a na sam koniec odmawiał udzielenia kredytu z uwagi na brak zdolności. I powiedz mi, co miał zrobić klient, któremu kończyła się umowa przedwstępna?
Zachowanie Millenium rzeczywiście jest niewłaściwe i powinno być piętnowane.
Co do zdolności kredytowej to wciąż się z Tobą nie zgodzę. Żeby zrozumieć mechanikę podejmowania decyzji kredytowej musisz spojrzeć z perspektywy nie jednego ale tysięcy klientów którzy przychodzą do banku.
Bank niepodejmujący ryzyka (X) mówi tak: “będziemy ostrożni – dajemy kredyt tylko tym z dobrą zdolnością. Damy 1000 dobrych kredytów na 10%. Dzięki rygorystycznemu sprawdzaniu spłacone będzie 95%. Zarobimy więc około 5%.”
Bank podejmujący ryzyko Y mówi tak. “Bank X nie udziela kredytu bardzo wielu ludziom bo boi się że przy swoich dochodach ich nie spłacą. To jest wielki rynek i przecież część z nich jednak spłaci. Pewnie będzie to mniej niż 95% bo w końcu mają słabszą zdolność (część ma niższe wykształcenie i mniej zarabia, część pracuje w sektorach gospodarki które chylą się ku upadkowi, są już starzy albo właśnie bardzo młodzi itp. – wiele czynników wchodzi w ocenę zdolności kredytowej). Z tych ludzi pewnie tylko 80% spłaci swoje kredyty a 20% pożyczonej kasy nigdy nie zobaczymy spowrotem i dlatego bank X nie chce im udzielać kredytu bo przy oprocentowaniu 10% poniósł by stratę. My udzielimy kredytu tym ludziom ale żeby wyjść na swoje, musimy obciążyć ich odsetkami na 30%. Zarobimy w tedy około 5%”
Jeśli wszystkie banki będą musiały podejmować decyzję tak samo, to
- albo wszystkie będą przyjmowały tylko tych którzy spłacą na 95% i reszta zostanie z niczym
- albo przyjmując wszyskich włącznie z tymi którzy mają 20% szans że nie spłacą, aby odrobić poniesione na nich straty, będą musiały resztę obciążać na 30%. Teraz, jeśli masz lepszą zdolność kredytową niż inny kolega, to masz szanse na lepsze warunki. Wraz z unifikacją systemów scoringowych, taka przewaga zniknie.
Zrozum, że ujednolicenie procedur sprawdzania zdolności kredytowej nie oznacza, że wszystkie banki będą tym samym klientom udzielały kredytów. Robi tak teraz choćby Deutsche Bank, zdaje się, że możesz mieć u nich zdolność kredytową, ale w ich ratingu klienta ważnym punktem jest “czy klient ma dochody miesięczne ponad 5 000″ (nie pamiętam dokładnie kwoty, ale coś takiego istnieje). Jeśli odpowiedź brzmi “nie”, to bank takiemu klientowi nie udzieli kredytu, choćby i miał zdolność kredytową. Dalej podkreślam, to że we wszystkich bankach wyliczą ci tę samą zdolność kredytową nie oznacza jeszcze że we wszystkich dostaniesz kredyt, lub dostaniesz taki sam kredyt.
Jeśli wyjdzie Ci że masz zdolność, to bankom nie pozostaje nic innego jak konkurować parametrami kredytu. JA, jako uczciwy klient, nie widzę powodu, dla którego miałbym bankowi wynagradzać straty z tytułu innych pożyczek, w końcu to sprawa banku, a nie moja. Pójdę więc tam, gdzie dostanę lepsze warunki.
A jeśli się okaże, ze wg nowego sposobu liczenia zdolności wychodzi mi, że nie powinienem mieć kredytu, to całkiem możliwe, że rzeczywiście tak jest (pamiętaj, że nie do każdego dociera, że suma rat kredytów powinna być mocno mniejsza niż miesięczne dochody, przecież trzeba jeszcze coś jeść, w coś się ubrać i gdzieś mieszkać) i albo popracuję nad dochodami, albo pomyślę nad sfinansowaniem mojej zachcianki w inny sposób, ewentualnie z niej zrezygnuję. Teraz jest tak, że w jednym banku nie wychodzi Ci zdolność i szukasz dalej, aż w końcu znajdziesz. W skrajnych przypadkach kończy się to na Providencie lub SMS365… Dla normalnego człowieka brak zdolności w jednym banku powinien być już sygnałem ostrzegawczym, nie dla wszystkich jednak tak jest.
Zresztą – moglibyśmy się tak przegadywać w nieskończoność. Myślę, że twoje stanowisko w pewnej części jest jak najbardziej na miejscu, a w innej moje. Niemniej myślę, że na naszej dyskusji skorzystają inni czytelnicy i to mnie cieszy.