W dzisiejszych czasach spora grupa ludzi tak na prawdę nic nie produkuje, a mimo to zarabia. Zupełnie odmiennie do sytuacji jeszcze kilkaset lat temu – każda wieś miała kowala wytwarzającego metalowe przedmioty, było co najmniej kilku rolników, rzeźnik i reprezentanci jeszcze innych zawodów i rzemiosł. Jak ktoś potrzebował podkowy – szedł do kowala, jak kotleta – kupował na targu u rzeźnika. A dzisiaj? Potworzyło się dzisiaj sporo firm pośrednictwa: pośrednictwo ubezpieczeniowe, pośrednictwo w zatrudnianiu za granicą, wymieniać można by długo. Jeszcze lepsze są instytucje które po kilka razy pobierają opłatę za pośrednictwo, mimo, że obracają cały czas produktem w ramach jednej grupy kapitałowej (banki w komitywie z ubezpieczycielami chociażby).
Czy nie byłoby taniej dla Kowalskiego, gdyby ominął
cały rząd gęb chcących się najeść jego pieniędzmi?
Oczywiście, że byłoby.
- Pośrednictwo w pożyczaniu pieniędzy – bank zbiera na lokatach forsę, płacąc właścicielom ochłapy w wysokości do 10% w skali roku. A potem? Kasa rusza dalej w świat w formie pożyczki. Wspaniały biznes, płacić mało za pieniądze, a pobierać za ich udostępnienie słone odsetki. Różnica pomiędzy oprocentowaniem depozytów i udzielanych z nich kredytów – kilkadziesiąt procent. Inwestorzy giełdowi śnią po nocach o 15-20% zwrotu z ich własnych pieniędzy w skali roku przez dłuższy czas, a bank co roku zgarnia co najmniej 20% zysków z pieniędzy, których nawet nie posiada! Weź to na zdrowy rozsądek – czy nie lepiej byłoby samemu skubnąć kąsek w postaci odsetek z udzielonych komuś kredytów?
Żyjemy w takich świetnych czasach, w których jest to możliwe. Mamy w Polsce trzy serwisy tzw. pożyczek społecznościowych. Możesz sam ocenić wiarygodność kredytobiorcy, możesz wybrać sam jaką chcesz mu pożyczyć kwotę, serwis jest tylko miejscem, gdzie pożyczkodawca (inwestor) może się spotkać z pożyczkobiorcą. Oczywiście są i minusy – bierzesz wtedy całe ryzyko niewypłacalnosci pożyczkobiorcy na siebie. Kiedy korzystasz z pośrednika – banku – to bank bierze na siebie ryzyko, jeśliby kredytobiorca nie spłacał pożyczki. Możesz też się lewarować, podobnie jak bank, robi się to następująco: zaciągasz większą pożyczkę na mniejszy procent, a z uzyskanej kasy sam udzielasz pożyczek, oczywiście na procent grubo większy. Jak przy każdym lewarowaniu – ryzyko – i tak w miarę duże – rośnie o wiele bardziej. Możesz więc to robić, ale nie musisz, zostając przy inwestowaniu jedynie swoich własnych środków. - Pośrednictwo w zakupie papierów wartościowych – znane jako fundusze inwestycyjne. Zauważ ciekawą zależność – kiedy cała GPW, czy jakakolwiek inna giełda rośnie, to i fundusz na niej inwestujący rośnie. Jak giełda leci na pysk – fundusz leci w tę samą stronę. Zaznaczam, że mam na myśli proste fundusze akcji, a nie fundusze obiecujące ochronę kapitału. Czemu wiec sobie nie zrobić samemu takiego funduszu? Nie wiesz jak inwestować? Wybieraj losowo 10-30 walorów, a wynik będzie zbliżony do rynku jako całości. Metoda prosta, dająca podobne wyniki jak inwestowanie w fundusz. Pozbawiona jest wad funduszu: opłaty za nabycie jednostek (tej pobieranej na początku inwestycji) i opłaty za “zarzadzanie” (tej pobieranej codziennie, jako 1/365 z 5% ulokowanych pieniędzy). Łącznie opłaty mogą sięgnąć nawet 10% w skali roku (mowa o pierwszym roku inwestycji). Masz też ten komfort, że możesz sprzedać w dowolnym momencie akcje z twojego prywatnego “funduszu”, jednostek w prawdziwym funduszu już tak szybko nie upłynnisz (niby ma to trwać max kilka dni, ale z mojego doświadczenia wynika, że ciągnie się nieraz do tygodnia czasu, znanym mi wyjątkiem są fundusze WIOF i fundusze OPERA).
Rugam tutaj fundusze akcji, ale tak na prawdę mają one potencjał wzrostu nawet i o 100% w skali roku, więc w dobrych czasach taka opłata jeszcze nie jest tragednią. Gorzej z funduszami obligacji lub – jeszcze gorzej – funduszami rynku piniężnego. Nie widzę zupełnie żadnych powodów (no może poza nadzwyczaj dobrymi wynikami inwestycyjnym w długiej perspektywie), żeby płacić w skali roku nawet 2,5% za to, że fundusz kupuje obligacje Skarbu Państwa oprocentowane na 5-7% (możesz sam to zrobić nawet na poczcie lub w PKO BP / Inteligo nie wychodząc z domu), albo trzyma moją kasę na rachunku oprocentowanym na kilka procent (takie rachunku znane są jako konta oszczędnościowe). - Pośrednictwo w zakupie instrumentów pochodnych – występuje w produktach strukturyzowanych. Tu sprawa nie jest aż tak jasna, bo oczywiscie można samemu sklecić sobie z jakichś opcji i lokat swoją własną strukturę. Nastręcza to jednak pewne problemy i ograniczenia, chociażby niewielka ilość dostępnych opcji dla polskiego inwestora. Można to obejść nie rezygnując z uslug instytucji “robiących struktury”. Rynek ten się rozwija i obecnie można spotkać produkty o podobnej konstrukcji, lecz różnych możliwościach. W ostatnim czasie w znanym internetowym banku była sobie taka struktura, która dawała max. 10% w skali roku pod warunkeim, że na GPW będzie zielono. Na taki sam okres, także oparta o giełdę wyszła strukturka “produkcji” znanej polskiej firmy specjalizującej się w lokatach strukturyzowanych. Różnica – premia możliwa do osiągnięcia bodajże 50-70% w skali roku (lub 18 miesięcy, bo na tyle jest produkt – nie pamiętam dokładnie, niemniej różnica jest i to spora). Nie trzeba być supermózgiem, żeby się połapać gdzie jest haczyk. Prawdopodobnie w pierwszej, słabszej strukturze bank kasuje większą opłatę dla siebie niż instytucja nr.2. Mniej pieniędzy idzie na inwestycję (a więcej do banku), stąd i słabsze parametry.
Oczywiście instytucje finansowe będą nas przekonywały, że bez ich pomocy (i pośrednictwa) nie osiągniemy sukcesu inwestycyjnego. Fakt, ryzyko jest większe i ja o tym pisałem. Ale i gra warta świeczki. Jeśli masz wiec czas na sprawdzenie pożyczkobiorców, wybranie (chociażby losowe) spółek z giełdy, czy sprawdzenie ofert lokat strukturyzowanych, możesz spokojnie osiągnąć co najmniej takie same wyniki inwestycyjne.
Pozdrawiam.


Nie do konca mozna sie zgodzic z analiza inwestycji w fundusze. W czasie spadkow fundusz jest zobowiazany do odkupienia jednostek uczestnictwa i do tego reaguje ‘wolniej’ od rynku.
W przypadku akcji nikt nie da nam gwarancji, ze wyjdziemy z inwestycji, tj. ze znajdzie sie kupiec naszych walorow. Przy gwaltownych zalamaniach czasami bywa to bolesne.
Z drugiej strony samodzielne inwestowanie ma poza nizszymi oplatami dodatkowe atuty w postaci ulg podatkowych. Straty poniesione przy inwestycjach mozna odliczyc w danym i przyszlych latach, strat z inwestowania w fundusze juz nie. Poza tym umiejetne poslugiwanie sie tym wlasnie zapisem pozwala na bardzo efektywne ograniczanie dzialania podatku Belki, jesli sami kupujemy papiery wartosciowe.
Trafna uwaga z tymi odkupieniami w funduszu. Jak widać, nic nie jest wyłącznie białe lub wyłącznie czarne, myślę, że niegłupim pomysłem jest samodzielne inwestowanie w akcje, a jednocześnie lokowanie części środków w funduszach akcji. Z wolniejszym reagowaniem na spadki, to może i racja, ale też proces kupna i sprzedaży jednostki nie trwa chwilę, tylko kilka dni.