Wyobraź sobie – znana knajpa, starzy kumple przy piwie. Jeden z nich to mogę być Ja :) Drugi – lekkoduch, któremu zawsze jakoś tak bez większych problemów się udawało przejśc wszystkie życiowe problemy. Rozmowa – typowa gadka szmatka. Przeważnie o tym, co kto robi teraz w życiu, ale też o tym, że politycy to oszuści, organizacje rządowe, to złodzieje (zarobiłem mandat, więc wyjątkowo też daję upust mojemu wewnętrznemu “narzekaczowi”), że wszystko tylko zmierza do tego, żeby obywateli oskubać z pieniędzy i zostawić na lodzie. Ja dolewam oliwy do ognia – podatki, mnożnik kreacji pieniądza, ZUS i inne zło- każdy temat zostaje równo obsmarowany, a ZUS – owi za jego piramidalny model funkcjonowania dostaje się podwójnie.
W końcu przy kolejnym piwie obu nam całkiem się rozwiązują języki i temat schodzi na pieniądze. Kumpel – reprezentujący wyższy poziom zarobków od moich – wiecznie w okolicy zera, jeśli chodzi o jego budżet. Zawsze wyznawał zasadę, żeby z życia brać pełnymi garściami, bez zwracania uwagi na to, co będzie jutro. Twierdził, że woli dzisiaj wydać kasę, bo jutro nie wiadomo, czy Państwo nie wprowadzi nowego podatku i kasę skubnie.
Nie mam w zwyczaju mówienia pod publikę, toteż przyznaję się, że odkładam kasę na to, na tamto, coś zainwestuję, no i najważniejsze – sam troszczę się o własną emeryturę. W sumie nie wiem po co, ale tłumaczę, że zbierajac od dzisiaj po kilka PLN-ów dziennie, można sobie dozbierać do emerytury. Mówię do kumpla:
- W zasadzie to ty, Franek (imię wymyślone), skoro zarabiasz więcej ode mnie, też mógłbyś się dorobić niezłego majątku na emeryturę.
- Ale po co mi to?
No i ręce mi opadły, tematu oszczędności emerytalnych Franka już nie drążyłem. Uświadomilem sobie, że takie jest podejście większości Polaków do ich emerytury. Uważają, że organy państwowe to złodzieje; ZUS - nawet wiedzą, że to typowa piramida finansowa, tyle, że uczestnictwo w niej jest przymusowe. I każdy, jak jeden przekonany jest, że akurat ta piramida, wbrew prawom matematyki, nie upadnie.
A co ja na to?
Też mam nadzieje, że nie upadnie, ale wiadomo czyją matką jest nadzieja, mam więc swój “Plan B”. Może mniej boję się o siebie samego, a bardziej o tę właśnie większość, bez oszczędności, przepuszczającą każdy zarobiony grosz. Większość, która z reguł matematycznych, umie tylko “liczyć, że jakoś to będzie”. A jeśli nie będzie?
Pozdrawiam.

