Jak takie nadpłacanie w praktyce wygląda? Wyjątkowo uciążliwie i nieprzyjaźnie dla klienta. Już podpisując umowę wiedziałam, że wygodnie nie będzie. Mianowicie w umowie jest zapis, że chęć nadpłaty muszę zgłosić pisemnie z 2 dniowym wyprzedzeniem. Są banki, które po prostu udostępniają dodatkowy numer konta do nadpłat, ale PKO BP musi mieć pisemne oświadczenie… Pewno mogłabym je wysyłać pocztą, ale szansę, że trafiłoby tam gdzie trzeba w odpowiednim czasie, uważam za znikomą.
Dlatego ścieżki korespondencyjnej nawet nie zamierzam testować. Oznacza to, że co miesiąc (bo nadpłacać zamierzam regularnie, aż do szczęśliwego finału, który powinien nastąpić w listopadzie) czeka mnie rozrywka pod tytułem wizyta w oddziale.
Żeby było lepiej, jako posiadaczka złotego konta, mam przydzielonego „doradcę”. Brzmi nieźle, ale działa słabiej – poza operacjami kasowymi, praktycznie nic nie mogę załatwić jak wszyscy „normalni” klienci, w sali operacyjnej. Ale moja opinia na temat roli “doradcy”, która pojawiła się ostatnio prawie w każdym banku, to oddzielny temat.
Za każdym razem, gdy chcę złożyć na przykład dyspozycję nadpłaty, muszę umówić się z doradcą na wizytę, i w uzgodnionym terminie stawić się w banku. Oczywiście mój doradca ma swoje godziny pracy – w jednym tygodniu od rana, w kolejnym, po południu, do 19.00, kiedy oddział kończy pracę. Czyli mój grafik pracy zawodowej muszę jeszcze z tym faktem jakoś zgrać. Zgadnijcie, czy pracując jako konsultant, wogóle biorę pod uwagę zmianę grafiku pracy z takiego powodu, jak wizyta w banku?
Rzecz się dzieje w centrum Warszawy, w oddziale przy ul. Nowogrodzkiej. Pewno ktoś chciał dobrze – żeby klienci zostawiający w banku więcej pieniędzy, byli lepiej obsługiwani. A wyszło tak jak wyszło. Mam po prostu jeszcze jeden argument za tym, żeby rachunek w PKO BP zamknąć, jak tylko „wyskoczę” z tego kredytu.